poniedziałek, 15 czerwca 2015

Trzeci dzień mnie trzyma... :D

Dokładnie 2 dni i 7 godzin temu huknęła armata, która obwieściła rozpoczęcie zmagań na dystansie SPRINT podczas Triathlonu Charzykowy. I ja tam byłam, piankę w jeziorze zamoczyłam, roweru dosiadłam i po biegu na pysk padłam :D

Tytułem wstępu (uwaga - retrospekcje, nuda, flaki z olejem... )
Ale cofnijmy się na chwilę do roku 2013.. Wrzesień. Zbliża się moja pierwsza rocznica biegania. W głowie taki przeciąg, że ohoho. Pootwierało mi się kilka szufladek, zaczęłam przełamywać jakieś swoje bariery.. Biegałam, mimo, że szczerze tego nienawidziłam. No to wzięłam na warsztat kolejne swoje zahamowania. Zapisałam się na kurs mający na celu poprawić moje pływanie. Nie myślałam jeszcze wtedy (a na pewno nie świadomie) o starcie w triathlonie. O nie, nie, nie.

Środowe wieczory upływały mi na basenie. Nauczyłam się trochę nowych rzeczy, podciągnęłam się w kraulu.. Mój mąż zaczął się już na poważnie rozglądać za zawodami idealnymi na swój debiut w tri. Siłą rzeczy informacje ze świata triathlonu zaczęły mnie zewsząd bombardować.. Pod koniec 2013 roku na fb zaatakował mnie wpis Herbalife'a - zostań ambasadorką Herbalife Triathlon w Gdyni. Hahaha. Ha. Ha? Hmmm

Podrzuciłam temat Karolinie, podłapała momentalnie. Ja nadal się wahałam. Bo.. okej, pobiegnę, bo wiem, że dam radę. Popłynę? Chyba bym dała radę.. Chociaż mnóstwo obaw. Ale rower?? Ja i rower? No, chyba że moja koza. Waga milion ton. I może jeszcze z córką w foteliku? Hahahahaha nie no, żarcik pierwsza klasa, ale jednak żarcik. Ale kropla drążyła już skałę. Postanowiłam dać sobie czas do końca stycznia - od lutego opłaty szły trochę w górę.

4 stycznia 2014r. po raz pierwszy postanowiłam się "sprawdzić" na basenie. Czy jestem w ogóle w stanie ciurkiem przepłynąć 750m? Wyszło na raty. Limit na etap pływacki był w Gdyni ustalony na 25 minut (później zwiększyli). Ponieważ pływanie (nie licząc przerw) zajęło mi blisko 20 minut, wyglądało to naprawdę bardzo średnio. Mając na uwadze moje ogromne "ALE" w kwestii jazdy na rowerze.. Bardzo słabo! Wymiękałam wtedy przy średniej prędkości rzędu 15km/h, a przy prędkości chwilowej 25km/h przenosiłam się już na tamten świat ze strachu. To raczej źle wróżyło :D Postanowiłam dać sobie więcej czasu - do końca marca... Z myślą, że podciągnę się w pływaniu i to, co zyskam, będę mogła przebimbać na rowerze.. ;)

W międzyczasie ni stąd ni zowąd pojawił się Triathlon Kołobrzeg z bardzo przyjaznym na debiut dystansem : 1/8 IM. Pływania mniej, a limity podobne. No to wzięłam rower na warsztat. 20 marca, na rowerze męża, popełniam swoje pierwsze km w ramach "przygotowań" ;) Po pierwszym kilometrze tyłek boli mnie tak, że już nawet nie chce mi się myśleć o jakichkolwiek zawodach.. Zrobiłam wtedy zawrotne 4km i pogodzona z tą ewidentną klęską, odkładam rower i obwieszczam wszem i wobec, że "sorry, to nie zabawa dla mnie". Te cienkie opony to jakaś masakra.

Na otarcie łez, w połowie czerwca zapisuję się na aquathlon, który miał się odbyć w pierwszy weekend lipca. Niestety, pod koniec czerwca angina rozkłada mnie na łopatki i podczas aquathlonu robię za kibica, wyżerając ostatnie dawki antybiotyku. Trochę szkoda, ale spoko - jeszcze kiedyś będzie okazja :)

Z końcem lipca razem z Karoliną i jej siostrą podejmujemy wyzwanie pt. "Sztafeta 1/4 IM" podczas Prime Food Triathlon Przechlewo. Przygoda życia i pierwszy osobisty kontakt z imprezą triathlonową. Miałam już, co prawda, pewne doświadczenie jako TRI-kibic, ale udział, nawet w sztafecie (bo to przecież tylko jedna konkurencja) daje już jakiś obraz, co to za przygoda.

Przechlewo było na początku września. Spodobało mi się, chciałam powtórki.. Kolejny roczek się zbliżał ;) Końcówka roku 2014 była dziwna. Początek 2015 - chaotyczny. Mało biegania, dużo szarpania.. Zdecydowanie najtrudniejszy okres w mojej dotychczasowej... uwaga... karierze (buahahaha) :D

To już prawie relacja właściwa! ;) (uwaga - dłużyzny, dygresje i flaków ciąg dalszy..)
Nadal tkwię w jakimś takim chaosie, ale mam wrażenie, że on się zaczyna w coś konkretnego układać. Pada konkretna propozycja - sztafeta w Przechlewie. No.. ale ja nie wiem, co będzie we wrześniu... W tym roku nie chcę tak daleko planować. Miałam inny, długofalowy plan, ale jakoś na razie z realizacją średnio. Ale kropla już naprawdę dużo wydrążyła.

Znowu wszystko przez fb. Zaatakowała mnie strona Charzykowy Triathlon. Sprint. Nadaję na ten temat do Baśki, bo wiem, że u niej te same krople drążą ;) I się zaczęło nakręcanie :D Jedziemy z mężem do Decathlona w Słupsku, żeby sprawdzić, czy moje "kobiece kształty" zmieszczą się w jakąkolwiek piankę. Wcisnęłam się, była promocja, kupiłam. Miesiąc przeleżała w szafce z metkami... Tak na wszelki wypadek, gdybym się rozmyśliła ;) Ale jeszcze się nawet nie zapisałam!

18 marca 2015r. (czyli prawie rok po pierwszej nieudanej próbie) jadę na rowerze męża i nie popuszczam ze strachu ;) Dwa tygodnie później idę na basen sprawdzić, czy jeszcze umiem pływać. Umiem. Po kolejnych dwóch tygodniach wsiadam na rower i jadę przez chwilę ponad 30km/h. Dwa dni po tym dopełniam formalności, odrywam metki od pianki i oswajam się z myślą, że być może porwałam się z motyką na słońce, ale co tam. Wiedziałam, że nie będę sama, bo Baśka już była na liście ;) W kupie raźniej!

W maju trochę pływam, trochę jeżdżę i troszkę biegam.. Oczywiście zdecydowanie za mało, ale tak się składało. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Leń też ma swoje prawa ;P No i chyba trochę mnie zaczynał już paraliżować strach ;)

Pierwszą próbę pływania w jeziorze w pełnym rynsztunku odbywam tydzień przed zawodami. No, pełna profeska, hahahaha ;) Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, chociaż czas dużo gorszy niż na basenie. Nie widać dna, ale to dobrze. Nie napotykam żadnego topielca, nie ma rekinów czyhających na moje pulchne kończyny, żeby je schrupać.. Pojawiają się jednak kolejne obawy.. Ale ciiiii, spokojnie, ciiii, lepiej za dużo nie myśleć, bo jeszcze speniam, jak rok wcześniej.. Wtedy się nawet nie zapisałam, a tutaj... zapisana, zapłacona i jeszcze nocleg zaklepany. Oh boy. Trzeba będzie pojechać i zbezcześcić kolejny po maratonie sport ;D Ale skoro już powiedziałam "A".. 

No to wio!
Charzykowy witają nas tęczą. Delikatnie kropi, ale po jakichś 20 minutach niebo się przeciera, chmury się oddalają i pogoda robi się już naprawdę letnia :) Ciepełko i dość ciężkie powietrze, które zwiastuje, że jeszcze coś się dziś wydarzy ;) 

Rękawiczki "trzymają się za głowę" ;) w co ja się wpakowałam!?
Odbieram pakiet, kręcimy się po okolicy i zaczyna mnie ściskać w żołądku. Ubrana w dżinsy i luźną koszulkę, jak jakaś zbłąkana turystka, przechadzam się wśród profesjonalnie wyglądających zawodników, na wypasionych rowerach, w kompresach, ciuchach nie z lidla czy decathlona.. ;) pierwsza myśl: "co ja tu do cholery robię? kogo chcę nabrać, że tu pasuję?"No cóż, jakoś to będzie.. 2,5 godzinki wstydu i po krzyku, nie? ;D

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas burza. Po krótkiej naradzie z moim treneiro-Łukaszeiro podejmujemy decyzję, że strategiczne części roweru owiniemy folią, by nie zamókł, ale jednak wstawimy go w piątek, bo w przeciwnym razie musielibyśmy pojawić się w strefie po 5:00 rano.. Brrr, za wcześnie! Szukamy worków, a w międzyczasie do Charzyków przyjeżdża Basia.

Na Pasta Party poznajemy przemiłe małżeństwo z Goleniowa, zamieniamy kilka słów, my z Basią jeszcze przejęte, bo to przecież debiut, nie wiemy do końca, czy to nasza bajka i w ogóle "co to będzie". Po napełnieniu żołądków makaronem i drożdżówą oddalamy się w stronę naszych kwater. "Do zobaczenia przed siódmą w strefie zmian". Ojej, to za kilka godzin.. Naszykowałam sobie wszystkie rzeczy, żeby rano tylko wskoczyć w ciuchy, zabrać torbę i ruszyć.. 
tego się trzymajmy!

Sen był krótki, przerywany... Poziom adrenaliny rósł z minuty na minutę. Zebraliśmy się błyskawicznie i polecieliśmy szybciutko do strefy zmian. Basia już tam była, szybko wymieniłyśmy informacje kto co ma i co zostawił.. i można było się ewakuować na odprawę techniczną. Z samej odprawy niewiele pamiętam, najmocniej zapadła mi w pamięć końcowa plansza: "Zwyciężyć znaczy ukończyć". 

Za chwilę miał startować super sprint - Mistrzostwa Polski. Podczas wciągania flagi na maszt odegrano hymn, zrobiło się podniośle.. ;) Poszłyśmy z Baśką na pomost, żeby pooglądać start zawodników PRO, zwanych "Przecinakami".

Stresik nadal duży, ale powoli zaczynam nabierać odwagi i myślę sobie, że chyba jakoś to będzie. Wbijam się w piankę, pozujemy z Baśką do fotki przed zanurzeniem.. Miny mamy takie niewyraźne jeszcze :D
pozowanie na tle wody.. ;)

Po zanurzeniu się w jeziorze, nabieram jeszcze większej pewności. Dość długo jest płytko. Super! Dno bardzo przyjemne, woda czysta i pachnąca (a raczej - nieśmierdząca). Szybka zrzutka z niepotrzebnych klamotów (które dzielnie targał ze sobą później Łukasz.. :* DZIĘKI!), idziemy na start.

Tuż przed wystrzałem z armaty, zaczepia nas Pani i odgraża się, że tyły będą jej ;) Baśka informuje Panią, że już sobie je zaklepała, więc będzie musiała o nie zawalczyć ;) 

BUM! Poszli oni, one i my też. Pomalutku, bez napinki, nie czułam potrzeby ekstremalnego masażu żeber i jakoś nie miałam ochoty na małe podtapianko o poranku, więc bez pośpiechu zanurzyłam się ponownie i zaczęłam płynąć. Nie mogłam złapać rytmu oddychania.. Nie wiem, czy to emocje, czy to zimna woda (raczej nie, bo była w miarę ciepła), czy jeszcze coś innego.. Z kraula przeszłam do żabki i zaczęłam tak płynąć. Czołówka się coraz szybciej oddalała, a ja niespiesznie, pomalutku do przodu zaczęłam się przybliżać do boi nr 1. Mniej więcej w połowie drogi do niej, zaczęłam odczuwać zmęczenie rąk.. Nic dziwnego - nie pływam żabką za często, pianka jednak troszkę te ruchy krępuje.. Zaczęłam mieć poważne wątpliwości..

Zabawne jest, jak te wątpliwości się objawiały. Prawie jak na filmie - takie przebłyski, podszepty w stylu "nie masz bojki!", wdech-wydech, wdech-wydech, spokojnie. Mam piankę, umiem pływać, poradzę sobie. "coś tam pod tobą pływa!". Cicho, nic nie pływa, to tylko ja robię małe wirki. Nic tam nie ma, to wszystko wyobraźnia. Wdech-wydech. Przeszło. I nagle przebłysk rozumu: "hej, przecież umiesz pływać, nie bądź zachowawcza, czego się boisz?" I w ten sposób odpuściły wszystkie moje obawy. Zajęłam się liczeniem oddechów, analizą toru płynięcia.. Krótko mówiąc - zabrałam się "do roboty" i przestałam myśleć o pierdołach. Boja nagle zaczęła się przybliżać dużo szybciej.

Wyprzedziłam też kilka osób! Tak! Ja wyprzedziłam - szok! Oczywiście, zanim się Gwiazda wystroiła na rower, kilku panów odebrało mi prowadzenie, a kolejni panowie wyprzedzali mnie już na rowerze. Oh, rower, cóż to była za przygoda. Jechałam tak i sobie myślałam "niewiarygodne - doro-rowerowy-cziken jedzie sobie na pożyczonym góralu i nie odpuszcza". Kolejny szok, kolejne miłe zaskoczenie możliwościami spięcia pośladów ;) Kurczę, jak chcę, to mogę :)

ojezusicku! nogi z waty!
Był moment, że jechałam blisko 40 km./h ;) Nogi z początku mnie bardzo nie lubiły, potem chyba było im wszystko jedno, a na koniec zaczęły mnie boleć plecy :/ Pozycja na rowerze nie należy do szczególnie komfortowych.. a moje plecy to kapryśny układ.. Nic to, dojechałam do końca trasy rowerowej i... prawie się przewróciłam, jak nogi dotknęły ziemi ;) Zaczęłam się śmiać w głos, bo szłam jak paralityk, prowadziłam ten rower, a tłum kibiców zagrzewał mnie do walki.. Nogi jak z waty, przygięta z bólu pleców, ale banan na twarzy - obowiązkowy :D
Ał, ał, ał, hahha, ał, ał, hahahah :) tak to mniej wiecej było :D
 Uśmiech był też dlatego, że okiełznałam dwie największe zmory - pływanie i rower - udało się! Teraz już TYLKO pobiec. Wiedziałam, że sobie poradzę, bo skoro byłam w stanie doczłapać w upale i przez spory kawał trasy bez wody na metę maratonu, to takie małe skromne 5 km.. Phi ;) Za punkt honoru postawiłam sobie, żeby choćby świńskim truchtem, ale jednak BIEC. No i tak sobie człapałam, jak się okazało - ze średnim tempem 6:25/km, czyli nie aż tak wolno, jak mi się wydawało, że biegnę.. Miałam wrażenie, że się prawie w ogóle nie przesuwam do przodu.. Od 3 km przestały mnie boleć plecy, a po ostatniej nawrotce, na ostatnim kilometrze, poczułam nagły przypływ sił :) Na metę wbiegałam z uśmiechem i chociaż bolało mnie tu i ówdzie, byłam MEGA ZADOWOLONA.
META! HUUURAAAA

Mój Klub Kibica był trochę zajęty atrakcjami dla dzieci (które - trzeba to odnotować - były naprawdę super zorganizowane - maluchy nie mogły się nudzić, tyle się działo), ale jak się upomniałam, że "HEJ, BIEGNĘ! HALO! HALO?", to nawet udało się strzelić fotkę ;)

Relaks (i uzupełnianie straconych kalorii) w strefie finishera (mmmm pyszne arbuzy), buziaczki i gratulacje od Klubu Kibica i zaczęliśmy powoli wyglądać Baśki :)
Pyszne drożdżówki..
Długo czekać nie trzeba było, Baśka pojawiła się na horyzoncie, chwyciliśmy za akcesoria do kibicowania i zrobiliśmy małe powitanie na mecie :)

Wielka radość! Udało się nam obu. Tyle było obaw, tyle wątpliwości.. A my wzięłyśmy tego byka za roki i dotarłyśmy do mety w całości i z uśmiechem na ustach! :)

Podobało mi się, Baśce też.. A spodobało nam się jeszcze bardziej ;) jak się okazało, że chcą nas jeszcze na podium za nasze wyczyny postawić! Oh, jak miło z Waszej strony, drodzy organizatorzy ;) Śmieję się trochę, że "nie mieli komu dać, to dali mi" ;) ale co by nie mówić - podium to zawsze miłe doświadczenie ;) nie trzeba za każdym razem podawać pełnego kontekstu ;P

Na koniec jeszcze kilka fotek..
Czekamy na dekorację - komentarz chyba zbędny :D

zaciesz do potęgi :D

O tak, Kibicujemy Baśce! :D

Łuuuuhuuuu Baaaaaśkaaaaaa!

Praca domowa z pozowania do zdjęć - odrobiona!

Sroczki :D

Ja nie mogę! Same GWIAZDY! :D

Podglądam, ile mi jeszcze zostało i czy prosto płynę ;)

Wydostanie się z mokrej pianki to wyzwanie! ;)
Dziękuję mojemu Klubowi Kibica, czyli Łukaszowi, Agatce i Tacie, który dojechał do nas w sobotę.. Nie umiem wyrazić wdzięczności, jaką odczuwam za to, że byliście tam ze mną..
Dziękuję też Basi za towarzystwo i przede wszystkim za całe krejzolstwo związane z zapisaniem się i stawieniem się na tej imprezie.. Bez Ciebie pewnie znów bym speniała i znalazła miliard wymówek, że to jeszcze nie czas i że w ogóle to nie dla mnie.. :) a tak - zrobiłyśmy to razem, w niepowtarzalnym stylu :D i już się nie mogę doczekać kolejnych wspólnych przedsięwzięć :) szalonych mniej lub bardziej :D

W triathlonie się zakochałam. W Charzykowach również. Wrócę tu, choćby nie wiem co :D Atmosfera tych zawodów była naprawdę cudna. Może jestem naiwna, ale mam wrażenie, że mniej ważna jest tu rywalizacja między uczestnikami (no, nie licząc zawodników z czołówki..), wyświetlone pod koniec odprawy hasło "Zwyciężyć znaczy ukończyć" utwierdza mnie w tym przekonaniu. TRI to walka, ale najważniejszy bój toczymy z własną głową. Różnorodność dyscyplin sprawia też, że ten sport nie jest tak monotonny jak samo bieganie.

Endorfinowy haj trzyma mnie do teraz.. Cieszę się, że udało mi się przełamać swój lęk przed jazdą na rowerze.. Cieszę się, że w trakcie pływania przestawiła mi się klepka i przestałam realizować plan B i zawalczyłam.. No cieszę się, jak dziecko, że dokonałam tego, o czym nieśmiało zamarzyłam pewnego chłodnego wieczoru w grudniu 2013 roku.. Trochę to trwało, ale UDAŁO SIĘ!!!

piątek, 29 maja 2015

Oh, gdyby tylko...

... chciało mi się tak mocno, jak mi się nie chce.. ;)

No dobra, może to nie do końca tak, że mi się dosłownie "nie chce". Chęci są, ale na razie przegrywają z wymówkami i innymi takimi.

Głupio mi już nawet liczyć, od jak dawna obiecuję sobie, że to właśnie jutro będzie ten dzień, kiedy zwlokę się z łóżka godzinę wcześniej, odpyknę sobie te 5-6 km z rańca i będę miała 2w1 - zaliczone bieganie i energię na cały dzień.. W sumie to jeszcze jest 3 - wolne popołudnie.

Moje "niewiele robienie" wynika głównie z tego, że czasu po pracy mam jakby mniej niż w zeszłym roku. Dziecię rośnie i nie mam serca, ale przede wszystkim ochoty, żeby wybywać na tę godzinę (albo więcej) w czasie, kiedy jeszcze możemy coś porobić razem. Wieczorem jest z tym łatwiej, bo nie będę przecież siedzieć przy łóżku i oglądać, jak śpi ;) to już było :D No ale wtedy to już z tymi chęciami różnie bywa ;)

Teraz, zamiast spać i ułatwiać sobie poderwanie się z wyra wcześniej, siedzę przed monitorem i lepię zdania. Chyba tylko po to, żeby się sama przed sobą usprawiedliwić.. Chociaż co ja się będę tłumaczyć. Cieszę się z tego, co jest i co mam. Wiem, że gdybym więcej się przykładała do aktywności, byłoby mi lżej z samą sobą, ale to wymaga widocznie odrobinę więcej czasu.

W tym momencie chyba powinnam zacząć rozglądać się za jakimiś zawodami późnym latem/na jesieni i układać strategię, jak się do tego celu w zadowalającym stanie doturlać. No bo przecież teraz to moja forma i motywacja są gdzieś na dalekich wakacjach.

Tak się jednak składa, że oczadziałam do reszty i wcale nie tak dawno zapisałam się na triatlon, który już za 2 tygodnie, a nie dalej jak wczoraj zgłosiłam się do sztafety w biegu ultra na 100 km (spokojnie - "tylko" 25 km mam w planach). Taaaaakże ten. Normalna to ja nie jestem :D

Racjonalnie to się tego wyjaśnić nie da. Nie zamierzam nawet próbować tego robić :) Ale w głowie mi coś tam zaświeciło, więc kto wie, kto wie.. Może właśnie wygrzebuję się z niebytu biegowego? :D

Nie ma zmiłuj - w najbliższym czasie trzeba by też przeprowadzić "próbę generalną" pianki. Rower mam przetestowany, chociaż w razie jakiejś awarii, moja wiedza jest na poziomie -100 i plan działania w takiej sytuacji obejmuje:
a) jak będzie daleko do strefy zmian - płaczę nad swoim nędznym losem;
b) jak będzie blisko do strefy zmian - płaczę nad swoim nędznym losem i targam rower na plecach ;)

Tak sobie myślę, że to nawet zabawne, że rozważam jakiekolwiek historie związane z rowerem, bo jeszcze niedawno uważałam ten rodzaj aktywności za coś kompletnie "nie dla mnie". A teraz.. HOHO. Rozpędzam się już do 36 km/h z górki! I nie mam stanu przedzawałowego. Chociaż może to akurat niedobrze... :P

Jestem bardzo ciekawa, jak się pływa w piance. Odczuwam lekki ścisk w żołądku na myśl o pływaniu w otwartym zbiorniku.. mam nadzieję, że nie będzie żadnego zielska (jak w naszym zalewie pod koniec czerwca zeszłego roku, kiedy szykowałam się do aquatlonu.. ostatecznie angina ropna uratowała mnie przed tym zielskiem, bo było absolutnie ohydne). Pływanie na basenie to jednak kompletnie inna bajka - woda nawet jak nie pierwszej świeżości, to jednak przejrzysta, zbiornik jasny i przede wszystkim - na środku toru jest linia, wzdłuż której się płynie. W jeziorze tego nie ma. No ale nic to, zawsze mogę przejść z mojego turbo-kraula do żabki dyrektorskiej i ogarniać co się dzieje przede mną.

Bo sobie wymyśliłam sprint. Stopień intensywności wysiłku pewnie gdzieś tam porównywalny z biegiem na 15 km - półmaratonem. Czasowo mniej więcej w tym przedziale to będzie.

Limit 2h. Powinnam się zmieścić - płynę na poziomie ok. 20 minut. Myślę, że bez przerw i zwalniania przed skrzyżowaniami, powinnam dać radę utrzymać średnią prędkość na poziomie > 20 km/h przez 20 km.. No i bieg.. 5 km "tylko".. Ile czasu będę potrzebowała, żeby się wybrać z pływania na rower? To dla mnie największa zagadka, bo drugą zmianę umiem sobie wyobrazić w najdrobniejszych szczegółach - odstawiam rower, ściągam kask i lecim. A jak będzie ze ściąganiem mokrej pianki (mam taką krótką)? Jak mi się będzie jechało na rowerze w mokrych ciuchach? Czy w wodzie nie rozmaże mi się tusz???? :D

Tyle pytań.. a na zegarze nieubłaganie wskoczyła godzina 1:00.. Co ja tu jeszcze robię? :D SPAĆ!
Ahoj!

środa, 1 kwietnia 2015

Waga sportu amatorskiego


Jak dużo "waży" sport amatorski? Takie bieganie na przykład.. Jaka to jest wartość? Korzystając z tego, że dziś taki "lekki" dzień, postanowiłam zamieścić kilka grubych, a może i nawet tłustych faktów!

Żeby nie było - mam dużo ciekawych i poważnych rzeczy do roboty, ale czasem człowiek musi (bo inaczej się udusi) zająć głowę czymś lżejszym :) Dlatego proszę przyjąć poniższe dane z przymrużeniem oka... ;)

Zaczęłam biegać we wrześniu 2012 roku i tak przez cały 2013 i 2014 kulałam się to tu, to tam. W tym roku mam na koncie 3 "występy", z czego jeden płatny. Nie za wiele, ale dopiero się rozkręcam. 

Postanowiłam zrobić użytek z kuchennej wagi. Zebrałam wszystkie moje medale i dokonałam pewnych pomiarów i analiz. 
Podliczyłam ile wydałam na opłaty startowe, ile razy startowałam na zawodach, co dostałam... Potem wykonałam kilka prostych działań matematycznych, typu dzielenie, obliczenie średniej arytmetycznej, ważonej.. Takie tam... Mogłabym to jeszcze wklepać do excela i pokazać na wykresach kołowych, albo słupkowych... Ale to już by było za wiele.. I tak uważam, że żeby ważyć medale o 23, to trzeba mieć jakieś poważne zaburzenia, a już na pewno niemałego kręćka.. Ale nic to! 

Poniżej prezentuję małe zestawienie: 

2012:
Jedne zawody (Bieg Sylwestrowy), 5 km, 20 zł wpisowego, wielka radość i pierwszy medal. Pierwsze 69g kruszca na wstążce! Moja duma! Jednak za przyjemność pokonania każdego kolejnego kilometra na zawodach trzeba było zapłacić... Ile?
4zł / km - DROGO! ;)
2013: 
Można śmiało powiedzieć, że ten rok był rokiem totalnej korby, jeśli chodzi o starty w zawodach. 
23 "występy", łącznie 223 km (z groszem), 483 PLN wydane na opłaty startowe... Łuuuuu, zrobiło się poważnie.. Za te pieniądze dostałam nieco ponad 1800g medali na wstążkach (oraz jedną statuetkę, juhu!), siedem koszulek bawełnianych i 4 koszulki techniczne. Ponadto, za pot, krew i łzy wylane na różnych biegowych trasach, a może po prostu za swój upór w zamykaniu stawki, dostałam jedną koszulkę bawełnianą z napisem "medalistka GP Koszalina w biegach". Znów duma (i niezmienny wewnętrzny ROTFL, bo kto jak kto, ale ja jako medalistka? bez jaj :D no ale uparcie przyłaziłam i okazało się, że oprócz mnie, takich osób było po prostu niewiele). 
Foto-story poniżej:

Rok 2013 + kawałek medalu z 2012 :) Od Sylwestrowego do Sylwestrowego :)

2,17zł/km 0,27zł/g :)
Moja jedyna statuetka :D fakt, niewiele osób startowało, ale kto zabroni mi się cieszyć? :D

GP Koszalina 2013
GP Gdyni 2013
2014:
Ten rok można określić jako "już nie jeżdżę wszędzie, wybieram ciekawe starty". Ewolucja. Nie jestem już taką pospolitą sroką, teraz jestem Sroką Koneserką ;) Obiecałam sobie, że już nie rzucam się na wszystko, jak leci. Wydawać by się mogło, że w związku z tym koszty powinny spaść.. Ale przytrafiło się Przechlewo... Zdecydowałyśmy się z dziewczynami na ostatni moment, więc wpisowe było już naprawdę wysokie.. Niedorzecznie wysokie! ;) Ale było warto - pakiet startowy był naprawdę tłusty, wspomnienia niezapomniane, zdecydowanie najlepsze zawody zeszłego roku. 
Nazbierałam "tylko" 1346g medali na wstążkach/sznurkach, 4 koszulki bawełniane, 5 technicznych, przebiegłam 233,5 km i wybuliłam 639 zł na wpisowe.. A za wytrwałość (tym razem cykl Leśna Piątka 2014) - dodatkowa koszulka techniczna :) 

nie ilość a jakość!
Rok 2014 - 2,74 zł/km 0,47 zł/g

od jednej,,,

od drugiej.. :)

2015:
Na razie jest skromnie ;) Jedne zawody płatne i dwa fun-starty. 1,80zł/km i 0,53 zł/g medalu i jedna koszulka techniczna :)

Trochę inne ujęcie.

2012: średnio 20 zł za zawody, średni dystans na zawodach: 5 km (bez zaskoczenia :P )
2013: średnio 21 zł za zawody, średni dystans na zawodach: 9,7 km
2014: średnio 29,05 zł za zawody; średni dystans na zawodach: 10,61 km
2015: średnio 15 zł za zawody, średni dystans na zawodach: 8,33 km

Na średni koszt zawodów duży wpływ miały starty darmowe, których w 2013 było 4, w 2014 - 7, a w 2015 - 2.

Na koniec - moje prywatne "the best of". 



W kategorii: NAJCIĘŻSZY


Bieg uliczny św. Jakuba w Lęborku - 2013. 
200 g !








W kategorii: NAJPIĘKNIEJSZA WSTĄŻKA


Prime Food Przechlewo Triathlon 2014










W kategorii: SROKO-MAGNES

GP Gdyni 2015



Podsumowanie.


Czy bieganie to tania zabawa? Na pewno są sporty droższe, ale jeśli już zaczynamy jeździć na zawody i decydujemy się płacić za start, to zaczynają się schody ;) Nie uwzględniłam przecież w ogóle kosztów dojazdu na zawody! W 2013 roku 14/23 razy biegałam "na wyjeździe", a w 2014 było to 13/22. W tym roku na razie więcej startów u siebie :) ale szykuje się Darłowo, Szczecinek... 

Waga mojego biegania to 3,3 kg medali w dwa lata i ciut ;) To koszt trochę ponad jednego becikowego.. Ale to też wspomnienia, radość i nieoceniona wartość, jaką stanowi zmiana, która zaszła w mojej psychice przez te ostatnie miesiące. Chcieć to móc, naprawdę!

poniedziałek, 16 marca 2015

Do trzech razy sztuka?

Nie wiem, co jest takiego w Biegu Zaślubin, że chcę tam wracać..

Termin?
Nie, nie sądzę. Połowa marca to niekoniecznie mój najlepszy okres w roku.

Sprzyjające warunki atmosferyczne?
Oj, zdecydowanie nie - w marcu jak w garncu!

Trasa?
Może, ale ciężko powiedzieć - za każdym razem inna! Ale zawsze atestowana i zawsze płaska.

Atmosfera?
Hmmm... raczej nie..

Pakiet startowy/medal/inne fanty?
Zdecydowanie nie. W tym roku nie wiedziałam nawet, jak będzie wyglądał medal. Jestem sroką, ale bez przesady.

Sentyment?
Myślę, myślę, czacha dymi, z uszu lecą kłęby dymu... TAK! Sentyment! To właśnie to mnie do Kołobrzegu zawsze ciągnie.

W zeszłym roku chciałam złamać 1h30'.. Udało się, ale nie byłam do końca zadowolona ze startu. Przez dobre dwa, trzy tygodnie byłam zrzędliwą męczybułą. No dobra, trwało to trochę dłużej.. Chyba dopiero życiówka na 10 km w Szczecinku (koniec kwietnia :P ) sprawiła, że przestałam rozbijać g* na atomy w sprawie Kołobrzegu. Czasem potrzebuję więcej czasu na "przetrawienie"... ;)

W tym roku było z jednej strony łatwiej, bo nie nastawiałam się na żaden czas, chciałam pobiec dla samej frajdy. Z drugiej strony, miałam takie nieodparte wrażenie, że zeszłoroczny Bieg Zaślubin zapoczątkował serię bardzo niefajnych zdarzeń.. Intrygi, obgadywanie, nastawianie jednych przeciwko drugim.. Nie odnajduję się w takich klimatach i do dziś odbijają mi się to wszystko czkawką. Dlatego jechałam do Kołobrzegu z pewną obawą..

Muszę jednak przyznać, że było fajnie, dobrze się bawiłam i chyba mogę powiedzieć, że nikt i nic nie było mi w stanie dobrego humoru popsuć :) Kołobrzeg został odczarowany!

piątek, 2 stycznia 2015

O tym, dlaczego nigdy nie będę "rasowym biegaczem"...

... i czy jest mi z tym źle?

Koniec roku to czas podsumowań wszelkiej maści. W zeszłym dokonałam tego dwukrotnie. Po raz pierwszy pod koniec września, kiedy minął dokładnie rok od pierwszego wyjścia "na bieganie", a potem po zamknięciu roku kalendarzowego

Tym razem wrzesień minął mi na użalaniu się nad sobą i jakoś nie w głowie mi były zestawienia i radosne podsumowania. Z końcem roku trochę mi się w głowie przejaśniło i od kilku dni chodzą mi po głowie różne zdania, które, jak już wiem z doświadczenia, lepiej przelać "na papier", nim umkną gdzieś i już ich nie przywołam.

To był naprawdę dziwny rok. Przez minione 12 miesięcy wydarzyło się bardzo wiele, można chyba powiedzieć: za wiele, jak na jedną osobę. Wierzę, że czas "wielkiej zadumy" już minął i że dłużej nie będę się nad pewnymi sprawami zastanawiać, bo, choć zajęło mi to wiele czasu, doszłam do wniosku, że absolutnie nie warto.

Postanowiłam i jest to jedno z tych postanowień, których zamierzam dotrzymać, że "wracam do korzeni" i skupiam się na tym, co MI sprawia radochę, jeśli chodzi o bieganie. Pierwsze kroki podjęte, nie każdy to może przyjmie z pełnym zrozumieniem, ale no nic na to nie poradzę. Jeszcze się taki nie urodził, co wszystkim dogodził.

Od września borykam się z mniejszymi i większymi problemami. Nie do końca wiem, czy to jeszcze po maratonie, czy po prostu przegapiłam czerwoną lampkę i zatraciłam się w odpoczynku, który zaowocował sporym skokiem wagi. Niestety, zupełnie nie w tym kierunku, w którym bym sobie życzyła.
No, ale "do brzegu". 

Decyzja o "powrocie do korzeni" wywołała u mnie rozmyślania w temacie "rasowych biegaczy". Moje korzenie to po prostu bieganie. Bez napinki, bez wyszukanych planów, strategii i nie wiadomo jeszcze czego. To walka o utrzymywanie się w ruchu (co wcale nie jest łatwe), a nie o ciągłym gonieniu za urywaniem sekund z życiówek.

Toczę się obecnie niczym śniegowa kula, a żeby było śmieszniej - 1 stycznia stopniał cały śnieg. Jak wbiłam się ostatnio w dwie koszulki z długim rękawem i wrzuciłam na to jeszcze babeczkowy "mundurek", to myślałam, że mi ciuchy strzelą. Cóż. Taki mamy klimat. Żartując z kolegą, że te słodkie pobiegowe herbatki nie wyszły mi na dobre, padły słowa "musisz się zmuszać". Ma to sens, bo słabnącą motywację można pokonać chyba tylko tak, że się człowiek stara nie poddać (więc tutaj "mus" faktycznie byłby wskazany). Jednak to zupełnie nie zdałoby egzaminu w moim bieganiu.

Dlaczego?
Moja przygoda z bieganiem była i nadal w sumie jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Wspominam o tym coraz rzadziej, bo mam wrażenie, że na początku mówiłam o tym w co drugim zdaniu, ale ja jeszcze kilka lat temu byłam zatwardziałym wrogiem biegania. Nienawidziłam go szczerze i mówię to bez cienia kokieterii. Gdy nie mogłam znaleźć sposobu na uporanie się z pociążowym balastem (czyli kiedy mój poprzedni sposób na walkę z nadmiarem ciała - skądinąd bardzo owocny, 25kg na minusie w kilka miesięcy - zawiódł), czułam ogromną frustrację i trochę z przekory, a trochę w ramach jakiegoś dziwnego "samobiczowania", postanowiłam - zacznę biegać.

Nigdy nie chciałam swoim bieganiem komukolwiek czegokolwiek udowadniać. No, poza sobą oczywiście. I to właśnie to mi się najbardziej podoba w bieganiu. W szczycie motywacji, kiedy nie musiałam się zastanawiać nawet, czy "chce mi się wyjść pobiegać", z łatwością udawało mi się realizować nawet plany treningowe. Sama motywacja to jedno, ale po tym roku widzę, że to zaledwie niewielka składowa sukcesu. Nie rozumiałam wcześniej, jak wielkie znaczenie ma również to, co się dzieje dookoła. W zeszłym roku takich problemów zupełnie nie miałam. W tym jest inaczej, bo grono biegaczy bardzo się powiększyło. 

Porównania z innymi zawsze uważałam za niesprawiedliwe i krzywdzące. Jeden ma "wolną głowę" i masę czasu, który może przeznaczyć na treningi i - ważniejszą nawet składową - odpoczynek. Inni starają się jak mogą, by jakoś sobie poradzić z żonglerką wolnymi chwilami i by najlepiej je zagospodarować. Jeszcze inni mają sportową przeszłość, lepsze warunki fizyczne i co tam jeszcze. Czy naprawdę trzeba się wiecznie porównywać z innymi? Uznaję jedno tylko porównanie - z "wcześniejszą wersją siebie". Czasem okoliczności są takie, że najbardziej pożądany będzie wynik, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłby oznaką leniwego człapania. No tak to już jest w tym amatorskim bieganiu. Niemniej, do wszystkiego powinno się podchodzić z umiarem i pokorą. A przynajmniej ja zamierzam się tego trzymać. 

Mój plan działania na kolejny rok jest taki, żeby nie stracić sprzed oczu ani na chwilę tego, co najważniejsze, co w bieganiu daje mi najwięcej frajdy, przeć do przodu po swojemu i nie oglądać się na innych, bo, jak już wspomniałam - nie da się wszystkim dogodzić. 

Kim jest ten "rasowy" biegacz? Nie mam żadnej definicji, ale to na pewno ktoś, dla kogo rywalizacja sportowa jest głównym motorem napędowym. To z pewnością ktoś, kto goni króliczka z balonikiem i nową życiówką, a jak go już złapie, to pędzi za kolejnym, jeszcze szybszym. To ktoś, kto bez reszty oddaje się treningom i nie uznaje taryfy ulgowej. Chodzi (a w sumie biega) jak w zegarku i nie ulega słabościom (albo zdarza się to tak rzadko, że nie warto nawet wspominać). "Rasowy" biegacz to taki, którym nigdy nie będę, bo zwyczajnie boję się, że się do tej formy ruchu zniechęcę.. Że przemęczenie i zniechęcenie weźmie górę i nie będę umiała się cieszyć pokonanymi w świńskim truchcie kilometrami.
Czy jest mi źle z tym, że nigdy nie będę "rasowym" biegaczem? Absolutnie nie! :)

środa, 29 października 2014

Nocna Ściema 2014

Ah, cóż to była za noc.. ;) Nie mogę się pozbyć uśmiechu z ust, ale to chyba dobrze...

Przygotowania do startu, zgoła inne niż rok temu, rozpoczęły się już na początku tygodnia. Tym razem prawie wcale nie obejmowały biegania! W tym roku skupiłam się więcej na sprawach okołobiegowych i starałam się ze swojego dość okrojonego "czasu wolnego" coś tam wyłuskać i się po prostu przydać.

Po sierpniowym maratonie w mojej głowie zapanowały wakacje. Potrzebowałam trochę przegrupowania sił i nowego powiewu energii. Nie spodziewałam się, że jeszcze przed Ściemą poczuję wiatr w żaglach, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, coś drgnęło. Nie było już, co prawda, czasu na jakiekolwiek wyszukane "treningi, bo na kilka dni przed startem nie ma się co rzucać na, można powiedzieć "dawno zapomniane interwały". To już i tak nic nie zmieni ;)

Nie umiem powiedzieć, co się stało, ale takie ogólne zniechęcenie praktycznie prysnęło jednego dnia. Tak jak wracałam do domu styrana, nie chciało mi się absolutnie nic, a po zjedzeniu obiadu prawie czołgałam się w stronę kanapy, żeby chociaż przez chwilę poleżeć.. Tak w środę (chyba) jakoś się to wszystko odmieniło. Zupełnie jakby mi ktoś włączył światło w głowie. Bo wcześniej to tylko wiatr hulał ;)

Nocna Ściema jest biegiem bardzo specyficznym. Kto choć raz startował, ten na pewno wie, o czym mówię. Ba! Biec nie trzeba, żeby przekonać się, że warunki są delikatnie mówiąc trudniejsze niż na każdym innym biegu. Późna (czy może raczej wczesna?) pora startu to tylko wierzchołek góry lodowej ;) Rok temu, tak przynajmniej pamiętam to dzisiaj, najbardziej obawiałam się zmęczenia.. Teraz wiedziałam już, że adrenalina zrobi swoje i że nie ma takiej opcji, że przysnę na trasie ;)

W zeszłym roku chyba bardziej przyłożyłam się do kwestii posiłku przed startem.. Śmiem zaryzykować, że ostatnio mam z tym naprawdę duży problem. Niby wszystko wiem, znam zasady.. teoretycznie.. Ale to, co w siebie władowałam i wlałam przed tegorocznym biegiem woła o pomstę do nieba! Przyszło mi za to zapłacić, ale do aspektów komediowych chciałam nawiązać trochę później.

Myślałam, że zeszłoroczna pogoda była jak na zamówienie. Było dość ciepło (jak na późnopaździernikową noc), ale tegoroczna aura okazała się jeszcze lepsza! Było chłodno (żeby nie powiedzieć zimno), a przez moment (ok. 18:00) obawiałam się, że temperatura spadnie w nocy do 0. Wiatr się jednak gdzieś ulotnił i słupek rtęci podskoczył do jakichś 5-6 kresek. Szał!

Przygotowany rano zestaw ciuchów okazał się idealny. Zmobilizowałam się nawet do zaszycia małej dziurki na nogawce, o której notoryczne zapominałam. A co! Niech będzie odświętnie, bez dziury! ;) Zegarek założyłam już o 16, żeby o nim nie zapomnieć ;) Ostatnio zdarzało mi się biegać z samym pulsometrem, hahaha.

No ale.. dość tego lania wody, do brzegu! Zgodnie z poleceniem Rurka, narobiłam górę naleśników., bo postanowiliśmy w tym roku odpuścić sobie pasta-party. Ochlałam się też pepsi, w nadziei, że to coś da.. Guzik! Tuż po północy oczy mi się zamykały, a te litry napoju gazowanego tylko mi w brzuchu bulgotały. Jeśli jednak ktoś myśli, że te trzy naleśniki i 1,5 litra pepsi to wystarczająco głupi pomysł, to dodam jeszcze, że poprawiłam to wszystko galaretkami z sokiem owocowym i podlałam "redbulem" z lidla. O! Taka ze mnie krejzolka! ;)

Choć teraz wiem, że to wszystko stanowiło mieszankę prawie wybuchową, to wtedy nic na to nie wskazywało. Ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że organizm się za to zemści.. :D

Na starcie mnóstwo znajomych twarzy, podobni do nas wariaci, co spać w nocy nie chcą, tylko wychodzą biegać ;) Wszystkich Was kiedyś pozamykają w pokojach o miękkich ścianach, zobaczycie! :D

Nie wiem na ile mój syndrom "odkurzacza" był spowodowany obawami, że forma spadła mi na tyle, że nie będę w stanie pobiec tak jak rok wcześniej (2:11). A umówmy się, już w tym roku biegłam testowo półmaraton (w szczycie przygotowań do maratonu) i nabiegałam wtedy nieco ponad 2:04. Jarałam się wtedy, że jak dobrze przepracuję kolejne miesiące, to moooooooooże na Ściemie uda mi się złamać 2h. Ułożyło się inaczej i te śmiałe plany porzuciłam już na początku października, kiedy prawdziwym zwycięstwem było dla mnie wciągnięcie na tyłek spodni do biegania.

Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się po sobie spodziewać. Postanowiłam, że zobaczę, co nogi podadzą. Na średnią 5:41, potrzebną do złamania 2h nie miałam nawet co liczyć. Dwa tygodnie wcześniej w Sopocie, w biegu na 10 km w wielkich mękach nabiegałam średnią 5:43.. Tamten bieg był kropką, a nawet wykrzyknikiem na końcu zdania "W tym roku nie złamię 2h w półmaratonie". Fakt, tamten bieg kiepsko rozegrałam, ale forma od samego planowania się nie zrobi :) Ponad dwa razy dłuższy dystans, a średnia jeszcze do obniżenia.. E-he. Nie tym razem :)

Pierwszy kilometr pokazało mi w 6:12. Hm. Nie będzie chyba tak tragicznie. Po drugim kilometrze (5:33) byłam już pewna, że zeszłoroczny wynik jest do poprawienia. Uffff :) Nie dam plamy! Kilka kg na plusie w stosunku do października 2013, ale też trochę więcej km w nogach. Walczymy!

Zaskakujące, jak bardzo głowa się potrafi wyłączyć. Na zawodach, a zwłaszcza na tych dłuższych, bawię się w księgową. Biegnę i liczę. Czasem nawet mamroczę na głos ;) Pomaga mi to w odciągnięciu uwagi od wysiłku ;) Tym razem liczyłam sekundy, które mam w zapasie w stosunku do zeszłorocznego wyniku.

Sielanka trwała jednak dość krótko. Pierwsze symptomy zbliżającej się przygody życia miałam już na trzecim kilometrze. "Zaraz mi przejdzie", pomyślałam. Na ul. Andersa złapała mnie straszna kolka. Wysapałam ją i o dziwo już mi nie dokuczała. Pojawił się za to inny problem. Mój posiłek przedstartowy zaczął się domagać ewakuacji. Zdarzyło mi się kilka razy wracać do domu z biegania trochę wcześniej niż zakładałam.. ale na zawodach nigdy mi się taka akcja nie przydarzyła. Zawsze musi być ten pierwszy raz, nie? :D

Uwaga! Osoby wrażliwe proszone są o nieczytanie! ;D

No ale dobra, jakoś to przetrwam. No i tak dwie pierwsze pętle pokonałam w miarę sprawnie, z krótkimi epizodami dyskomfortu, który jednak za każdym razem rozchodził się po kościach. Przy końcu drugiego okrążenia zaczęłam pilnie wyglądać tojtojów. Ok. Są na stadionie i przed stadionem. No to jeszcze nie teraz, oblecę stadion, później dookoła i najwyżej przy wylocie zawitam do niebieskiego domku. Ok, nie jest źle, dam radę się te 2,5 km przetoczyć i znów będzie możliwość.

Drodzy Państwo, z dupą nie ma żartów. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo po co pisać o zimnym pocie na plecach, gęsiej skórce i włosach stających dęba? :D Śmieję się z tego do teraz, bo taka sytuacja zdarzyła mi się na zawodach pierwszy raz. Muszę przyznać, że to było chyba najlepiej spędzone 90 sekund! ;D

Za to, jak już stało się to, co się stać musiało, poczułam się zdecydowanie lżejsza (tja, też mi odkrycie), niosło mnie już naprawdę pięknie. Wiedziałam, że do końca pozostało mi już naprawdę niewiele. Jakieś 3 km i koniec. Straciłam trochę z wypracowanej "przewagi", ale to nic. Minimum w postaci pobicia zeszłorocznego czasu osiągnę na pewno. Na łamanie 2h przyjdzie jeszcze czas :) takie wyniki nie biorą się z nieba, trzeba na nie zapracować.

Kiedy zbiegałam ul. Stawisińskiego, zauważyłam biegnącą z przeciwka Kaśkę. Zerknęłam na zegarek i wydarłam się ile sił w płucach "dawaj Kacha!". Tak się właśnie zbiera plon regularnych treningów :) Satysfakcja gwarantowana :)

Kiedy po kilku minutach byłam w tym samym miejscu, co Kaśka, zobaczyłam zbiegającego szwagra z ekipą. Nooo, to zaraz wszyscy będziemy "po robocie" :) Ostatnie kroki pod górkę, zbieg na bieżnię, 3/4 okrążenia stadionu i upragniona meta!

Z wyniku nieco ponad 2:06 jestem zadowolona :) Może powinnam czuć niedosyt, bo moja przygoda kosztowała mnie na pewno 1,5 minuty, a może i więcej, bo poprzedzające ją 2-3 km były biegane "na piętach" ;) Nie ma tego złego - następnym razem będzie łatwiej o poprawienie życiówki ;D W zeszłym roku na Ściemie też nie darłam jakoś szczególnie na maksa. Myślę, że te nocne okoliczności, przynajmniej w moim przypadku, nie sprzyjają bieganiu na wyśrubowany rekord. Ja na pewno na jakieś nie wiadomo jakie czasy nie byłam nastawiona i przede wszystkim - przygotowana. Przyjdzie kiedyś na to czas :)

Podziękowania należą się mojemu towarzyszowi niedoli - Łukaszowi, który dzielnie ze mną klepał, chociaż dla Niego takie tempo to praktycznie "snucie się". Dzięki, Rurek :*

Kolekcja medali powiększyła się o kolejny. W tym roku planuję tam dołożyć jeszcze jeden (Gdynia) i na tym koniec. Noooo, może jeszcze Bieg Sylwestrowy... Ale to jeszcze sporo czasu, nie mówię "nie". Zobaczymy :)

piątek, 3 października 2014

Zaległe podsumowania i słów kilka o planach na końcówkę roku.

Patrzę w archiwum i oczom nie wierzę! Aż taka leniwa jestem? Szok. Ostatnie podsumowanie - maj 2014.. :D Wiedziałam, że dawno nic nie podliczałam, ale żeby aż tak??

W czerwcu nastukałam 214 km i zajęło mi to ponad 24h. To jeden dzień z całego miesiąca!! Trochę to daje do myślenia..
Lipiec - angina ropna + inne historie = 127 km i niecałe 15h. Sierpień - 152 km w nieco ponad 17h, a wrzesień to jak wakacje - 87 km i niecałe 10 godzin.
Co przyniesie październik? Półmaraton i bieg na dychę - to na pewno ;) więc 30-coś kilometrów będzie, a co ponadto? Zobaczymy.

Ciężko mi się ostatnio ruszyć z miejsca. To na pewno częściowo przez to, że przybyło mi trochę tu, a trochę tam.. Ciągle się mnie czepiają jakieś przeziębienia, bolące gardła, katary i kaszle.. Nawet teraz, pisząc te słowa, próbuję odkrztusić ;) no cóż - jesień jest. Chociaż to i tak nie jest jeszcze najgorzej, bo jeszcze kilka lat temu początek jesieni można było poznać po tym, że albo miałam zawalone zatoki, albo leżałam w wyrze z zapaleniem oskrzeli. Teraz jakieś tam przeziębionka. Phi tam..

Jednak nie da się ukryć, że mnie to mocno irytuje. Nie mogę wyjść pobiegać, nie mam jak wybiegać tego, co bez sensu władowałam do brzucha.. No i koło się zamyka.

W listopadzie jeszcze wybiorę się na dychę do Gdyni - jako zwieńczenie cyku GP.. No i tak sobie myślę, że to będzie już wszystko w tym roku :)
Przy mojej obecnej "formie" to i tak wygląda jak mega ambitny plan.. :)