poniedziałek, 15 czerwca 2015

Trzeci dzień mnie trzyma... :D

Dokładnie 2 dni i 7 godzin temu huknęła armata, która obwieściła rozpoczęcie zmagań na dystansie SPRINT podczas Triathlonu Charzykowy. I ja tam byłam, piankę w jeziorze zamoczyłam, roweru dosiadłam i po biegu na pysk padłam :D

Tytułem wstępu (uwaga - retrospekcje, nuda, flaki z olejem... )
Ale cofnijmy się na chwilę do roku 2013.. Wrzesień. Zbliża się moja pierwsza rocznica biegania. W głowie taki przeciąg, że ohoho. Pootwierało mi się kilka szufladek, zaczęłam przełamywać jakieś swoje bariery.. Biegałam, mimo, że szczerze tego nienawidziłam. No to wzięłam na warsztat kolejne swoje zahamowania. Zapisałam się na kurs mający na celu poprawić moje pływanie. Nie myślałam jeszcze wtedy (a na pewno nie świadomie) o starcie w triathlonie. O nie, nie, nie.

Środowe wieczory upływały mi na basenie. Nauczyłam się trochę nowych rzeczy, podciągnęłam się w kraulu.. Mój mąż zaczął się już na poważnie rozglądać za zawodami idealnymi na swój debiut w tri. Siłą rzeczy informacje ze świata triathlonu zaczęły mnie zewsząd bombardować.. Pod koniec 2013 roku na fb zaatakował mnie wpis Herbalife'a - zostań ambasadorką Herbalife Triathlon w Gdyni. Hahaha. Ha. Ha? Hmmm

Podrzuciłam temat Karolinie, podłapała momentalnie. Ja nadal się wahałam. Bo.. okej, pobiegnę, bo wiem, że dam radę. Popłynę? Chyba bym dała radę.. Chociaż mnóstwo obaw. Ale rower?? Ja i rower? No, chyba że moja koza. Waga milion ton. I może jeszcze z córką w foteliku? Hahahahaha nie no, żarcik pierwsza klasa, ale jednak żarcik. Ale kropla drążyła już skałę. Postanowiłam dać sobie czas do końca stycznia - od lutego opłaty szły trochę w górę.

4 stycznia 2014r. po raz pierwszy postanowiłam się "sprawdzić" na basenie. Czy jestem w ogóle w stanie ciurkiem przepłynąć 750m? Wyszło na raty. Limit na etap pływacki był w Gdyni ustalony na 25 minut (później zwiększyli). Ponieważ pływanie (nie licząc przerw) zajęło mi blisko 20 minut, wyglądało to naprawdę bardzo średnio. Mając na uwadze moje ogromne "ALE" w kwestii jazdy na rowerze.. Bardzo słabo! Wymiękałam wtedy przy średniej prędkości rzędu 15km/h, a przy prędkości chwilowej 25km/h przenosiłam się już na tamten świat ze strachu. To raczej źle wróżyło :D Postanowiłam dać sobie więcej czasu - do końca marca... Z myślą, że podciągnę się w pływaniu i to, co zyskam, będę mogła przebimbać na rowerze.. ;)

W międzyczasie ni stąd ni zowąd pojawił się Triathlon Kołobrzeg z bardzo przyjaznym na debiut dystansem : 1/8 IM. Pływania mniej, a limity podobne. No to wzięłam rower na warsztat. 20 marca, na rowerze męża, popełniam swoje pierwsze km w ramach "przygotowań" ;) Po pierwszym kilometrze tyłek boli mnie tak, że już nawet nie chce mi się myśleć o jakichkolwiek zawodach.. Zrobiłam wtedy zawrotne 4km i pogodzona z tą ewidentną klęską, odkładam rower i obwieszczam wszem i wobec, że "sorry, to nie zabawa dla mnie". Te cienkie opony to jakaś masakra.

Na otarcie łez, w połowie czerwca zapisuję się na aquathlon, który miał się odbyć w pierwszy weekend lipca. Niestety, pod koniec czerwca angina rozkłada mnie na łopatki i podczas aquathlonu robię za kibica, wyżerając ostatnie dawki antybiotyku. Trochę szkoda, ale spoko - jeszcze kiedyś będzie okazja :)

Z końcem lipca razem z Karoliną i jej siostrą podejmujemy wyzwanie pt. "Sztafeta 1/4 IM" podczas Prime Food Triathlon Przechlewo. Przygoda życia i pierwszy osobisty kontakt z imprezą triathlonową. Miałam już, co prawda, pewne doświadczenie jako TRI-kibic, ale udział, nawet w sztafecie (bo to przecież tylko jedna konkurencja) daje już jakiś obraz, co to za przygoda.

Przechlewo było na początku września. Spodobało mi się, chciałam powtórki.. Kolejny roczek się zbliżał ;) Końcówka roku 2014 była dziwna. Początek 2015 - chaotyczny. Mało biegania, dużo szarpania.. Zdecydowanie najtrudniejszy okres w mojej dotychczasowej... uwaga... karierze (buahahaha) :D

To już prawie relacja właściwa! ;) (uwaga - dłużyzny, dygresje i flaków ciąg dalszy..)
Nadal tkwię w jakimś takim chaosie, ale mam wrażenie, że on się zaczyna w coś konkretnego układać. Pada konkretna propozycja - sztafeta w Przechlewie. No.. ale ja nie wiem, co będzie we wrześniu... W tym roku nie chcę tak daleko planować. Miałam inny, długofalowy plan, ale jakoś na razie z realizacją średnio. Ale kropla już naprawdę dużo wydrążyła.

Znowu wszystko przez fb. Zaatakowała mnie strona Charzykowy Triathlon. Sprint. Nadaję na ten temat do Baśki, bo wiem, że u niej te same krople drążą ;) I się zaczęło nakręcanie :D Jedziemy z mężem do Decathlona w Słupsku, żeby sprawdzić, czy moje "kobiece kształty" zmieszczą się w jakąkolwiek piankę. Wcisnęłam się, była promocja, kupiłam. Miesiąc przeleżała w szafce z metkami... Tak na wszelki wypadek, gdybym się rozmyśliła ;) Ale jeszcze się nawet nie zapisałam!

18 marca 2015r. (czyli prawie rok po pierwszej nieudanej próbie) jadę na rowerze męża i nie popuszczam ze strachu ;) Dwa tygodnie później idę na basen sprawdzić, czy jeszcze umiem pływać. Umiem. Po kolejnych dwóch tygodniach wsiadam na rower i jadę przez chwilę ponad 30km/h. Dwa dni po tym dopełniam formalności, odrywam metki od pianki i oswajam się z myślą, że być może porwałam się z motyką na słońce, ale co tam. Wiedziałam, że nie będę sama, bo Baśka już była na liście ;) W kupie raźniej!

W maju trochę pływam, trochę jeżdżę i troszkę biegam.. Oczywiście zdecydowanie za mało, ale tak się składało. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Leń też ma swoje prawa ;P No i chyba trochę mnie zaczynał już paraliżować strach ;)

Pierwszą próbę pływania w jeziorze w pełnym rynsztunku odbywam tydzień przed zawodami. No, pełna profeska, hahahaha ;) Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, chociaż czas dużo gorszy niż na basenie. Nie widać dna, ale to dobrze. Nie napotykam żadnego topielca, nie ma rekinów czyhających na moje pulchne kończyny, żeby je schrupać.. Pojawiają się jednak kolejne obawy.. Ale ciiiii, spokojnie, ciiii, lepiej za dużo nie myśleć, bo jeszcze speniam, jak rok wcześniej.. Wtedy się nawet nie zapisałam, a tutaj... zapisana, zapłacona i jeszcze nocleg zaklepany. Oh boy. Trzeba będzie pojechać i zbezcześcić kolejny po maratonie sport ;D Ale skoro już powiedziałam "A".. 

No to wio!
Charzykowy witają nas tęczą. Delikatnie kropi, ale po jakichś 20 minutach niebo się przeciera, chmury się oddalają i pogoda robi się już naprawdę letnia :) Ciepełko i dość ciężkie powietrze, które zwiastuje, że jeszcze coś się dziś wydarzy ;) 

Rękawiczki "trzymają się za głowę" ;) w co ja się wpakowałam!?
Odbieram pakiet, kręcimy się po okolicy i zaczyna mnie ściskać w żołądku. Ubrana w dżinsy i luźną koszulkę, jak jakaś zbłąkana turystka, przechadzam się wśród profesjonalnie wyglądających zawodników, na wypasionych rowerach, w kompresach, ciuchach nie z lidla czy decathlona.. ;) pierwsza myśl: "co ja tu do cholery robię? kogo chcę nabrać, że tu pasuję?"No cóż, jakoś to będzie.. 2,5 godzinki wstydu i po krzyku, nie? ;D

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas burza. Po krótkiej naradzie z moim treneiro-Łukaszeiro podejmujemy decyzję, że strategiczne części roweru owiniemy folią, by nie zamókł, ale jednak wstawimy go w piątek, bo w przeciwnym razie musielibyśmy pojawić się w strefie po 5:00 rano.. Brrr, za wcześnie! Szukamy worków, a w międzyczasie do Charzyków przyjeżdża Basia.

Na Pasta Party poznajemy przemiłe małżeństwo z Goleniowa, zamieniamy kilka słów, my z Basią jeszcze przejęte, bo to przecież debiut, nie wiemy do końca, czy to nasza bajka i w ogóle "co to będzie". Po napełnieniu żołądków makaronem i drożdżówą oddalamy się w stronę naszych kwater. "Do zobaczenia przed siódmą w strefie zmian". Ojej, to za kilka godzin.. Naszykowałam sobie wszystkie rzeczy, żeby rano tylko wskoczyć w ciuchy, zabrać torbę i ruszyć.. 
tego się trzymajmy!

Sen był krótki, przerywany... Poziom adrenaliny rósł z minuty na minutę. Zebraliśmy się błyskawicznie i polecieliśmy szybciutko do strefy zmian. Basia już tam była, szybko wymieniłyśmy informacje kto co ma i co zostawił.. i można było się ewakuować na odprawę techniczną. Z samej odprawy niewiele pamiętam, najmocniej zapadła mi w pamięć końcowa plansza: "Zwyciężyć znaczy ukończyć". 

Za chwilę miał startować super sprint - Mistrzostwa Polski. Podczas wciągania flagi na maszt odegrano hymn, zrobiło się podniośle.. ;) Poszłyśmy z Baśką na pomost, żeby pooglądać start zawodników PRO, zwanych "Przecinakami".

Stresik nadal duży, ale powoli zaczynam nabierać odwagi i myślę sobie, że chyba jakoś to będzie. Wbijam się w piankę, pozujemy z Baśką do fotki przed zanurzeniem.. Miny mamy takie niewyraźne jeszcze :D
pozowanie na tle wody.. ;)

Po zanurzeniu się w jeziorze, nabieram jeszcze większej pewności. Dość długo jest płytko. Super! Dno bardzo przyjemne, woda czysta i pachnąca (a raczej - nieśmierdząca). Szybka zrzutka z niepotrzebnych klamotów (które dzielnie targał ze sobą później Łukasz.. :* DZIĘKI!), idziemy na start.

Tuż przed wystrzałem z armaty, zaczepia nas Pani i odgraża się, że tyły będą jej ;) Baśka informuje Panią, że już sobie je zaklepała, więc będzie musiała o nie zawalczyć ;) 

BUM! Poszli oni, one i my też. Pomalutku, bez napinki, nie czułam potrzeby ekstremalnego masażu żeber i jakoś nie miałam ochoty na małe podtapianko o poranku, więc bez pośpiechu zanurzyłam się ponownie i zaczęłam płynąć. Nie mogłam złapać rytmu oddychania.. Nie wiem, czy to emocje, czy to zimna woda (raczej nie, bo była w miarę ciepła), czy jeszcze coś innego.. Z kraula przeszłam do żabki i zaczęłam tak płynąć. Czołówka się coraz szybciej oddalała, a ja niespiesznie, pomalutku do przodu zaczęłam się przybliżać do boi nr 1. Mniej więcej w połowie drogi do niej, zaczęłam odczuwać zmęczenie rąk.. Nic dziwnego - nie pływam żabką za często, pianka jednak troszkę te ruchy krępuje.. Zaczęłam mieć poważne wątpliwości..

Zabawne jest, jak te wątpliwości się objawiały. Prawie jak na filmie - takie przebłyski, podszepty w stylu "nie masz bojki!", wdech-wydech, wdech-wydech, spokojnie. Mam piankę, umiem pływać, poradzę sobie. "coś tam pod tobą pływa!". Cicho, nic nie pływa, to tylko ja robię małe wirki. Nic tam nie ma, to wszystko wyobraźnia. Wdech-wydech. Przeszło. I nagle przebłysk rozumu: "hej, przecież umiesz pływać, nie bądź zachowawcza, czego się boisz?" I w ten sposób odpuściły wszystkie moje obawy. Zajęłam się liczeniem oddechów, analizą toru płynięcia.. Krótko mówiąc - zabrałam się "do roboty" i przestałam myśleć o pierdołach. Boja nagle zaczęła się przybliżać dużo szybciej.

Wyprzedziłam też kilka osób! Tak! Ja wyprzedziłam - szok! Oczywiście, zanim się Gwiazda wystroiła na rower, kilku panów odebrało mi prowadzenie, a kolejni panowie wyprzedzali mnie już na rowerze. Oh, rower, cóż to była za przygoda. Jechałam tak i sobie myślałam "niewiarygodne - doro-rowerowy-cziken jedzie sobie na pożyczonym góralu i nie odpuszcza". Kolejny szok, kolejne miłe zaskoczenie możliwościami spięcia pośladów ;) Kurczę, jak chcę, to mogę :)

ojezusicku! nogi z waty!
Był moment, że jechałam blisko 40 km./h ;) Nogi z początku mnie bardzo nie lubiły, potem chyba było im wszystko jedno, a na koniec zaczęły mnie boleć plecy :/ Pozycja na rowerze nie należy do szczególnie komfortowych.. a moje plecy to kapryśny układ.. Nic to, dojechałam do końca trasy rowerowej i... prawie się przewróciłam, jak nogi dotknęły ziemi ;) Zaczęłam się śmiać w głos, bo szłam jak paralityk, prowadziłam ten rower, a tłum kibiców zagrzewał mnie do walki.. Nogi jak z waty, przygięta z bólu pleców, ale banan na twarzy - obowiązkowy :D
Ał, ał, ał, hahha, ał, ał, hahahah :) tak to mniej wiecej było :D
 Uśmiech był też dlatego, że okiełznałam dwie największe zmory - pływanie i rower - udało się! Teraz już TYLKO pobiec. Wiedziałam, że sobie poradzę, bo skoro byłam w stanie doczłapać w upale i przez spory kawał trasy bez wody na metę maratonu, to takie małe skromne 5 km.. Phi ;) Za punkt honoru postawiłam sobie, żeby choćby świńskim truchtem, ale jednak BIEC. No i tak sobie człapałam, jak się okazało - ze średnim tempem 6:25/km, czyli nie aż tak wolno, jak mi się wydawało, że biegnę.. Miałam wrażenie, że się prawie w ogóle nie przesuwam do przodu.. Od 3 km przestały mnie boleć plecy, a po ostatniej nawrotce, na ostatnim kilometrze, poczułam nagły przypływ sił :) Na metę wbiegałam z uśmiechem i chociaż bolało mnie tu i ówdzie, byłam MEGA ZADOWOLONA.
META! HUUURAAAA

Mój Klub Kibica był trochę zajęty atrakcjami dla dzieci (które - trzeba to odnotować - były naprawdę super zorganizowane - maluchy nie mogły się nudzić, tyle się działo), ale jak się upomniałam, że "HEJ, BIEGNĘ! HALO! HALO?", to nawet udało się strzelić fotkę ;)

Relaks (i uzupełnianie straconych kalorii) w strefie finishera (mmmm pyszne arbuzy), buziaczki i gratulacje od Klubu Kibica i zaczęliśmy powoli wyglądać Baśki :)
Pyszne drożdżówki..
Długo czekać nie trzeba było, Baśka pojawiła się na horyzoncie, chwyciliśmy za akcesoria do kibicowania i zrobiliśmy małe powitanie na mecie :)

Wielka radość! Udało się nam obu. Tyle było obaw, tyle wątpliwości.. A my wzięłyśmy tego byka za roki i dotarłyśmy do mety w całości i z uśmiechem na ustach! :)

Podobało mi się, Baśce też.. A spodobało nam się jeszcze bardziej ;) jak się okazało, że chcą nas jeszcze na podium za nasze wyczyny postawić! Oh, jak miło z Waszej strony, drodzy organizatorzy ;) Śmieję się trochę, że "nie mieli komu dać, to dali mi" ;) ale co by nie mówić - podium to zawsze miłe doświadczenie ;) nie trzeba za każdym razem podawać pełnego kontekstu ;P

Na koniec jeszcze kilka fotek..
Czekamy na dekorację - komentarz chyba zbędny :D

zaciesz do potęgi :D

O tak, Kibicujemy Baśce! :D

Łuuuuhuuuu Baaaaaśkaaaaaa!

Praca domowa z pozowania do zdjęć - odrobiona!

Sroczki :D

Ja nie mogę! Same GWIAZDY! :D

Podglądam, ile mi jeszcze zostało i czy prosto płynę ;)

Wydostanie się z mokrej pianki to wyzwanie! ;)
Dziękuję mojemu Klubowi Kibica, czyli Łukaszowi, Agatce i Tacie, który dojechał do nas w sobotę.. Nie umiem wyrazić wdzięczności, jaką odczuwam za to, że byliście tam ze mną..
Dziękuję też Basi za towarzystwo i przede wszystkim za całe krejzolstwo związane z zapisaniem się i stawieniem się na tej imprezie.. Bez Ciebie pewnie znów bym speniała i znalazła miliard wymówek, że to jeszcze nie czas i że w ogóle to nie dla mnie.. :) a tak - zrobiłyśmy to razem, w niepowtarzalnym stylu :D i już się nie mogę doczekać kolejnych wspólnych przedsięwzięć :) szalonych mniej lub bardziej :D

W triathlonie się zakochałam. W Charzykowach również. Wrócę tu, choćby nie wiem co :D Atmosfera tych zawodów była naprawdę cudna. Może jestem naiwna, ale mam wrażenie, że mniej ważna jest tu rywalizacja między uczestnikami (no, nie licząc zawodników z czołówki..), wyświetlone pod koniec odprawy hasło "Zwyciężyć znaczy ukończyć" utwierdza mnie w tym przekonaniu. TRI to walka, ale najważniejszy bój toczymy z własną głową. Różnorodność dyscyplin sprawia też, że ten sport nie jest tak monotonny jak samo bieganie.

Endorfinowy haj trzyma mnie do teraz.. Cieszę się, że udało mi się przełamać swój lęk przed jazdą na rowerze.. Cieszę się, że w trakcie pływania przestawiła mi się klepka i przestałam realizować plan B i zawalczyłam.. No cieszę się, jak dziecko, że dokonałam tego, o czym nieśmiało zamarzyłam pewnego chłodnego wieczoru w grudniu 2013 roku.. Trochę to trwało, ale UDAŁO SIĘ!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz