poniedziałek, 16 września 2013

Nie jedź do Gdańska na Bieg Westerplatte!

… tak pisali wszędzie: na forum maratonypolskie.pl, onecie czy choćby porntubie. Fatalna organizacja, powierzona najprawdopodobniej piekarzom, mało miejsca na wąskim starcie i trasie, a to wszystko przytłoczone zbyt dużą ilością zawodników. W tym roku miała się zdarzyć katastrofa, zmodyfikowano trasę biegu, limit zwiększono o 2 tys. (do 3,9 tys.). Bieg miał być koszmarem, ludzie w tłumie mieli obdzierać łokcie do krwi, skarpetki miały przyjąć hektolitry krwi z zeskrobanych achillesów. Start miał wyglądać niczym wyciśnięcie pryszcza. Musieliśmy zobaczyć to z bliska! (My = Ja + Dorota + MM)

Bieg Westerplatte jest biegiem na 10km. Trasa ma początek na Westerplatte (ależ zaskoczenie!) a kończy się w Gdańsku na Targu Węglowym. Trasa ma profil hmm… no cóż, start na wysokości 6 m n.p.m., finisz na 9, po środku dwa łagodne podbiegi (węzeł drogowy i most). Belg powiedziałby - cross. Holender powiedziałby - bieg górski. A dla nas, no cóż: “Popierdółka - nie Kiler”. Stół ma więcej nierówności.

Ponieważ start i metę dzieli 10km to organizator miał niezły orzech do zgryzienia, jak na linię startu przetransportować kilka tysięcy biegaczy? Okazało się, że poszło bardzo sprawnie, kilkanaście przegubowych autobusów (pojemność jednego - 150 osób) jeździło od 8:00 do 10:00. Normalnie jak na maratonie w Bostonie! Zdecydowaliśmy, że pojedziemy około 9:00. To był strzał w dziesiątkę. W naszym autobusie wszyscy mieli miejsca siedzące - także komfortowo. Co się działo w ostatnim autobusie? Nie wiem, bo jechałem tym o 9:00 ;)

Po przybyciu na parking na Westerplatte było wystarczająco dużo czasu aby udać się pod Pomnik Obrońców Wybrzeża. Tradycyjnie można też było kupić miniaturkę powyższego w rozmiarach od S do XXL oraz papieża w bursztynie - tutaj podobnie, do wyboru: rozmiar (S-XXL), pontyfikat (JPII, BXVI, Franc - jeden lub mix). Najbardziej chyba nadal ceniony jest JPII w ramce A4 i dużej ilości drobnicy bursztynowej. PapaRazzi - Westerplatte - no sam nie wiem. Granaty, maski p.gaz. z demobilu też były - a jakże. Czapka kapitana domyka stawkę nadmorskich gadżetów. Biegacz przed startem to jednak kiepski klient, nie będzie przecież leciał “dychy” z papieżem w bursztynie na plecach. Chociaż… kusi.

Przed biegiem zrzuciliśmy ciuchy w depozycie. To akurat bardzo sprytnie rozwiązano. Na parkingu stało klika przegubowców, każde drzwi “obsługiwały” 300 numerów. Przed startem autobusowe depozyty odjechały w okolice mety. No teraz to już kurna trzeba było lecieć do mety.

Pogoda idealna: 18 stopni, pochmurne niebo, troszkę popadało na godzinkę przed biegiem. W skrócie - biegowy raj (no może mogłoby być kilka stopni mniej).

Przed biegiem dla nas nowość - rozgrzewka. Odkąd na Leśną Piątkę dobiegamy truchcikiem zauważam, że dużo lepiej mi się biegnie. Więc skoro 2,5km dobiegu przed “piątką” nie szkodzi, to czemu nie pobiegać troszkę przed “dyszką”. Pobiegaliśmy zatem w tę i we w tę smagani wiatrem. Splunięcie na palca (z wiatrem! - oczywiście), wystawienie w górę i jest prognoza - boczny, ew. dupny, na pewno nie w ryj. Będzie dobrze - chyba.

Ustawiliśmy się w strefie ToiToi. Czyli daleko za >55:00. Ponieważ w regulaminie był zapis, że czasem zawodów jest czas netto. Czyli startujesz 20 minut po wszystkich, biegniesz w 30 minut, wpadasz na metę, gdy na zegarze jest 50:00 i… wygrywasz zawody, mimo, że na metę wbiegłeś 1500… No jest w tym coś z magii i dlatego też postanowiłem tego dokonać… Oczywiście nie tego, że pobiegnę w 30 minut. Z kolei za głośne stwierdzenie, że wystartuję 20 minut po starcie Dorota pokazała mi wniosek rozwodowy, co mnie trochę poskromiło. Jednak przekornie trzymałem się tyłów.

Nagle BUM! (Lubię ten trójmiejski klimat. Na większości biegów starter to mały kapiszoniak który przypomina biegaczom jak to za młodego obierali korki... ten strzał w oczy, gwizd w uszach i poparzone palce…) W 3M tak bardzo lubią zabawy z prochem, że na starcie np. w Gdyni walą z armaty, tak samo było i w Gdańsku… Start niby daleko, ale w uszach bębenek nie wie, czy to nim od środka adrenalina buja, czy ktoś mu zdetonował granat nad uchem. Ale nie ze mną te numery!… powstrzymałem się od szalonego biegu na oślep - jak to w biegach masowych, start to start, a do linii startu wpierw trzeba domaszerować, bo biec się nie da. Odpowiednio zataczałem się to w prawo, to w lewo, od niechcenia podążając w kierunku maty. Nagle jakiś gość zawraca i mówi mi “Idź, ja będę ostatni”... “O nie! Ja będę ostatni!”... momentalnie zrozumiał z kim miał do czynienia, poleciał, krzycząc, że może razem… Phi… niech leci.

Po odczekaniu chwilki, gdy zobaczyłem, że ogon się już rozciągnął a obsługa biegu dziwnie mi się przygląda oczekując najgorszego (samotna detonacja na starcie) postanowiłem ruszyć. Piiiiip z maty, Start na zegarku i lecimy. Rekordowo byłoby utrzymać tempo średnie poniżej 4:40. Ale gdzie tam? Przecież teraz muszę dogonić te kilkaset metrów do ogona, a to robię w 4:00… Zwolnij bo wykorkujesz! Zwolniłem i przystąpiłem do wyprzedzania. Pierwszy km wskoczył bardzo szybko, 4:35 - o kurna - za szybko od samego początku, drugi 4:41 - uff spokojnie wyrównam tętno... i tak to sobie leciało bardzo szybko, za szybko. Nogi niosły, tłumy skandowały moje imię (które oczywiście nie było moje, bo miałem koszulkę z błędnym nadrukiem - taki błąd sponsora :) ) do punktu z wodą było bardzo OK. 5km w 22:50. Woda na bogato. Stoły o łącznej długości ok. 20m, pełno wody w butelkach 0,5l. Młodzieży jak “mrówków”. Łyk wody (“Na dychach się nie pije!” - woda się ponoć nie zdąży nawet wchłonąć) a reszta na głowę, kark, plecy… Można parsknąć jak koń i gonić dalej.

Na 8,25km ciekawostka dla SFX’a - ludzie zaczynają ścinać chodnikiem, lecę karnie po kocich łbach, ze mną tylko jedna osoba, nagle pojawiają się zapory, pojawiają się folie i zonk, osoby które skróciły mają problem, bo nie mogą sobie spokojnie zeskoczyć z chodnika na ulicę, przełażą jak niezdary po tych zaporach… Yes! Zwyciężyło dobro! Lecę dalej ciągle wyprzedzając. Niosą mnie skrzydła “Sprawiedliwy wśród nieścinających” wyprzedzam wszystkich na ul. Długiej, przebijam piątkę z Neptunem, sprint przy teatrze i wpadam na metę obstawioną przez… jak to na biegach… cheerleaderki z pomponami :D (poważnie!) Stop na zegarku, na dużym zegarze 50:34, ale wystarczy mi spojrzenie na zegarek by wiedzieć, że oszukałem system. Stoper mi pokazuje 45:14 na trasie 10,07km. Więc życiówka - pobita o 1:30. Później ustaliliśmy, że trasa chyba jednak była lekko wydłużona - co kilometr wszystkim ładnie gpsy pikały a ten ostatni dziwnie przesunięty o ok. 100m (w zależności od zegarka). No ale atest był i z tym się nie dyskutuje - chociaż to właśnie zrobiłem we wcześniejszym zdaniu. Za metą tłumy, oj gęsto, ale nie tak jak tragicznie miało być.

Medal już dynda. Pod namiotami woda i izo bez ograniczeń. Po depozyt brak kolejek. No kurcze… nie tak miało być ;)

Podsumowując… nie było tak źle… ba! wszyscy zrobiliśmy życiówki - więc było bardzo dobrze. Z tego co widzę na wspomnianych portalach wszyscy są w szoku, że ten bieg wypalił. Także nie pozostaje mi nic innego jak polecić ten bieg, bo płasko i sprzyja kręceniu życiówek.

Następnym razem opiszę Wam jak zdobyłem minimum olimpijskie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz