poniedziałek, 2 września 2013

Koń - jaki jest, każdy widzi. A Centaur?

Niedzielny I Bieg Centaura w Białym Borze miał być moim kolejnym starciem z dystansem 10 km po trasie krosowej. Chciałabym powiedzieć, że "asfalt mam obcykany", ale niestety tak nie jest. Nie specjalizuję się też w krosach. Ot, wyruszyłam po raz kolejny sobie pobiegać, w nadziei, że poprawię swoje wcześniejsze wyniki i spędzę miło czas na świeżym powietrzu.

Przez "kolejnym" rozumiem: drugim. Pierwsza taka okazja miała miejsce na początku maja, na imprezie "zBiegiemNatury" (pisałam o tym tutaj). Ciężko porównywać te dwa starty, bo wtedy miałam przejściowe problemy zdrowotne i epizod szpitalny z upojną nocą pod kroplówkami, ale ponieważ żadnych innych doświadczeń nie mam, to odniosę się do tego biegu. Wtedy dość zachowawczo i ostrożnie, nabiegałam 1h 10'57", co dało średnie tempo 7:06 min/km. Tym razem spięłam się trochę mocniej i poprawiłam tempo każdego kilometra o ponad minutę! Jak człowiek nie jest osłabiony i odwodniony, to może więcej! ;)

Już w sobotę wieczorem było wiadomo, że pogoda będzie łaskawa. To znaczy - nie będzie upału, jak na większości biegów z ostatnich dwóch miesięcy. Teraz jestem już taką doświadczoną biegaczką, że deszczu i chłodu się nie boję, bo wiem, że po kilkuset metrach będzie ciepło i nie ma się co ubierać na cebulkę. Tak więc getry przed kolano i koszulka z krótkim rękawkiem i jazda. Trasa będzie moja!

Nastawiałam się, że trasa będzie bardziej wymagająca niż na biegu ulicznym, bo jednak 80% miało przebiegać po "przepięknych terenach crossu WKKW". Z przekazu wychwyciłam słowo "cross" i już wiedziałam, że lekko nie będzie. No ale co to dla mnie, nie? Przygotowanie psychiczne to połowa sukcesu, więc spodziewałam się czegoś w rodzaju dwóch Leśnych Piątek. Za cel obrałam sobie zmieszczenie się w godzinie, bo w końcu trasa leśna to tylko 80%. Na części ulicznej sobie "odrobię" wolniejsze tempo.

Ha ha. Koń by się uśmiał. Organizatorzy już zadbali, żeby ten odcinek po asfalcie nie był prosty. Bieg rozpoczynał się lekkim podbiegiem, żeby później zacząć się dość mocno piąć w górę.. Sapiąc i dysząc (bo przecież po co rozgrzewka?) przez pierwszy kilometr uświadomiłam sobie, że z nadrabiania tempa nici. Pocieszałam się, że finisz będzie po asfalcie i do tego z górki. To pokażę jeszcze pazury! Płonne nadzieje, ale o tym za chwilę..

Jak tylko wbiegłam na te przepiękne tereny crossu (swoją drogą naprawdę urokliwe!), to natknęłam się na coś, czego raczej nie brałam pod uwagę wcześniej. Piach! Momentami to była istna plaża. Jeśli jeszcze dodam, że piasek był również na odcinkach pod górkę i że wiało momentami prosto w twarz i to dosyć mocno, to już chyba więcej mówić nie trzeba. No tego się nie spodziewałam po prostu. Ciężko!

Na 3 kilometrze zaczął mnie ogarniać jakiś taki ponury nastrój, że po co to wszystko, że przecież to strasznie męczy i że zaraz się rozpada, zmokną mi buty i jeszcze kilka głupich spostrzeżeń. Do tego, jak na złość, akurat wyrosła przede mną górka i już przez chwilę miałam ochotę się zatrzymać i zawrócić.

Żarcik. No gdzie, zatrzymać się? Zawrócić? Dobre sobie, miałabym nie dostać fotki z fotoradaru? I jakby to wyglądało na endomondo? Nie ukończyła, bo jej się nie chciało? He he he. Niedoczekanie.

Piasek ostro dawał mi w kość i mięśnie, ale nie tylko mi, na szczęście. Może nie powinnam tego pisać, ale do dalszego przebierania nogami mobilizowało mnie to, że wyprzedzałam chłopaków :P Wyprzedziłam też, gdzieś na 4 km, starszego pana, ale jednak to wyprzedzanie młokosów (no, powiedzmy takich do 30 lat.. ) dawało mi najwięcej satysfakcji. Dwóch z wyprzedzonych osobników płci brzydkiej się na mnie "odegrało", a jeden chłopak mnie wyprzedził między 2 a 3 km, ale to wszystko. Reszta została za mną i teraz pewnie grzeje kozetki u swoich psychoterapeutów. Hie hie hie.

Ostatecznie na metę wpadłam z czasem 1h 00' 38", więc założenie nieprzekroczenia godziny niestety nie zostało zrealizowane. Pozostał niedosyt, chodziłam trochę struta przez kilka godzin, ale już mi przeszło. Zegarek pokazał mi jakieś 200 metrów więcej na mecie, więc według jego wskazań 10 km zrobiłam w ok. 59'24", ale to tylko tak na osłodę.

A jak to było z tym finiszem? Jak już opuściłam te tereny crossu WKKW, to ledwo przebierałam nogami. Łukasz po mnie wybiegł kawałeczek, za co bardzo dziękuję. Nie ma to jak zdychać na ostatnich metrach w doborowym towarzystwie :) Zawsze to jakoś tak raźniej :D





Już ostatni zakręt, już pan z obsługi mówi "za 100 metrów meta", już Łukasz krzyczy "ciśnij ciśnij", a ja nie mam siły.. Może jakbym nie szczerzyła zębów do fotografów, to coś tam bym jeszcze urwała, ale widziałam już tą złowieszczą jedynkę na zegarze, która oznaczała, że godzina już pękła. Nic się nie da z tym zrobić. W ostatniej chyba chwili przypomniałam sobie o zdjęciu z fotoradaru na mecie i pomiarze prędkości. Uruchomiłam rezerwy, o które (jak zwykle) nawet się nie podejrzewałam i jakoś podcisnęłam te ostatnie kilkadziesiąt metrów :) Na metę wpadłam z "samolocikiem", więc zdjęcie z fotoradaru pewnie będzie słabe, ale tak mnie poniosło, że się kompletnie zapomniałam :D

Po biegu zostaliśmy jeszcze do czasu oficjalnego zakończenia, zjedliśmy sobie ciepłą grochówkę. Liczyliśmy na te foty z radaru. Niestety, wydrukowali tylko dla pierwszych 20 osób, a dla reszty uczestników zdjęcia dojdą pocztą. Jak szykowaliśmy się do wyjazdu, to na CB radiu donieśli: "mobilki, uważajcie w Białym Borze, bo właśnie ustawili śmietnik". No i wszystko jasne! Zamiast zdjęcia obrabiać, poszli kasiorę trzepać. Łobuziaki. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz