poniedziałek, 13 maja 2013

Europejsko! :)

Dzień zawodów to taki, na który czeka się cały tydzień. W przededniu zawodów czas płynie inaczej, wszystkie rozmowy krążą gdzieś wokół jednego tematu. Nasza wycieczka na Bieg Europejski w Gdyni zaczęła się już dzień przed startem, bo trzeba było dojechać do Trójmiasta, żeby nie wychodzić na linię startu prosto z 200. kilometrowej podróży.

Piątkowy wieczór upłynął nam na opracowywaniu strategii i ustalaniu, jakie tempo przyjąć. Ostatecznie uradziliśmy, że żeby biec szybko trzeba biec szybko ;) Średnie tempo ze Szczecinka miałam 5:43 i wiedziałam, ile wysiłku mnie to kosztowało.

Nie ukrywam, że liczyłam na pobicie, choćby symboliczne, rekordu ze Szczecinka. Wtedy miałam za sobą prawie nieprzespaną noc, z atrakcjami. Tym razem byłam wyspana i w dobrym nastroju. Wszystko się zgadzało.

Na miejsce przyjechaliśmy jakąś dobrą godzinę przed startem. Numery startowe odebraliśmy dzień wcześniej, więc zupełnie na spokojnie zmierzaliśmy w stronę startu. Tym razem, w odróżnieniu od pierwszego biegu z cyklu GP Gdyni w biegach ulicznych w tym roku (9 luty - Bieg Urodzinowy), zorganizowano na starcie strefy. Należało podać swój najlepszy wynik na 10 km z ostatnich dwóch sezonów i na tej podstawie przyporządkowywano ludzi do konkretnych stref. Kiedy się rejestrowałam, miałam za sobą jeden start na 10 km i był to poprzedni bieg w Gdyni, gdzie mój czas wyniósł 1h 05' 15". Z takim wynikiem zostałam zakwalifikowana do strefy >55', która była ostatnią strefą startową.. Mój szanowny małżonek, z racji swoich kenolskich genów ;) został przypisany do 45-50', dzieliła nas więc cała jedna strefa, a to daje ponad 2,5 tysiąca osób.. On miał numer 1000-coś, a ja prawie 3700... :P W rzeczywistości było to mniej niż 2,5 tysiąca osób, bo nie wszyscy zgłoszeni wystartowali. Do biegu zgłosiło się prawie 3800 osób, ale na linii startu stawiło się niespełna 3200.

Plan był prosty, zresztą zawsze taki jest :P Trzeba po prostu cisnąć i tyle. Byliśmy w Strefie Zwycięzców razem ze Szwagrem i nasza strategia obejmowała ustawienie się możliwie na początku strefy. Celowaliśmy w wynik jak najbliższy 57 minut, a idealnie by było, żeby zejść poniżej tego.. Także początek strefy to zdecydowanie najlepsze miejsce, żeby ten nasz niecny plan zrealizować.

Okazało się, że przeciśnięcie się na początek strefy to wcale nie takie hop-siup. Trzeba też powiedzieć, że organizator trochę dał ciała. Dwie ostatnie strefy nie miały swoich toj-tojów. To jest istny skandal, bo ostatnia strefa była zdecydowanie najbardziej liczna, a nie było możliwości zakręcenia się choćby w okolicach toj-tojów szybszych stref. Znaczy, jak się ma umiejętności ninja, tak jak ja, to można oszukać system i niepostrzeżenie "włamać" się do lepszej strefy i zrobić to, co konieczne :P Jednak takie numery to nie na kilka minut przed startem. Nauczona doświadczeniem, nie żłopałam już nic tak z godzinę przed startem, bo jak powszechnie wiadomo, kobiety mają bardzo małe pęcherze, które w stresujących sytuacjach lubią się jeszcze kurczyć. A umówmy się, taki start w zawodach jest stresujący, zwłaszcza kiedy planuje się bicie rekordu! Ale dość tej czystej fizjologii, skupmy się na tym, co ważne!

Kiedy już wreszcie ustawiliśmy się w strefach i możliwie mocno przecisnęliśmy się do przodu, zaczęto "uwalniać" stopniowo poprzedzające nas strefy i dzięki temu mogliśmy się przesunąć jeszcze bliżej linii startu. Dzięki temu startowałam z miejsca, gdzie była strefa męża, tj. 45-50'. Wciskałam się możliwie jak najbliżej, aż wreszcie nastała upragniona chwila, strzał z Błyskawicy i JAZDA!

Jakiż to był kocioł przed pierwsze 1,5 km. Nareszcie przydał się mój kurduplowaty wzrost i postanowiłam zrobić z niego użytek, do tego wspomniane umiejętności ninja i na pierwszym kilometrze wyprzedziłam naprawdę sporą grupę osób. Uznałam, że tak czy siak będę ich musiała wyprzedzić, więc postanowiłam się za to zabrać już na początku. Może nie był to najlepszy pomysł, bo jednak kosztowało mnie to sporo energii. Dopiero później miało się okazać, jak bardzo dużo..

Dzięki mojej nowej, cudownej, żółtej koszulce "liderki", Szwagrowi udało się mnie wytropić tuż przed pierwszym kilometrem, bo jak wspomniałam, przeciskałam się do przodu, zupełnie jak na otwarciu Biedronki! ;) Pierwszy podbieg pokonaliśmy dość żwawo, a to dzięki zapasom energetycznym i napędzającej nas sile nadziei pobicia rekordu :) Później było tylko ciężej.

Trzeci kilometr, według endomondo, był naszym najszybszym (5:17). Na czwartym kilometrze był spory podbieg, który dał nam naprawdę mocno w kość. W tym miejscu mieliśmy bardzo ładny widok, na biegnących przed nami. To był istny dywan z ludzi. Nie miałam odwagi obejrzeć się za siebie, bo nie chciałam sobie dokładać wrażeń, ale Szwagier mówił, że za nami było podobnie jak przed nami.. Jak tylko doczłapałam się na samą górę, to żyłam myślą, że już za chwilkę punkt z wodą. Spodziewałam się ogromnej ilości wolontariuszy, ustawionych oczywiście tak, żeby nie trzeba było nadkładać trasy.. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam dwa smętne stoliki, stojące po zewnętrznej stronie łuku! Udało mi się wyrwać kubeczek i lekko się odświeżyć, ale widziałam, że nie każdy się na to zdecydował, a część może nawet tego całego punktu z wodą nie zauważyła! Trochę lipa..

Spodziewałam się zastrzyku energii, ale on jakoś nie chciał nadejść. Wiedziałam, że lada moment zacznie się kilometrowy podbieg na Świętojańskiej. Zmagania z kubeczkiem odciągnęły moje myśli na moment od planowania własnego pogrzebu, ale wiedziałam, że lada moment będzie znów ciężko. Jak się nie zna trasy, to człowiek nie wie do końca, czego się spodziewać. Gdy się biegnie po raz kolejny, to można z tego faktu uczynić zaletę, ale może się to również okazać ogromną wadą. Tym razem znajomość trasy nie pomogła, a tylko mnie pogrążyła. Dużo wysiłku, głównie psychicznego, kosztowało mnie przebieranie nogami przez ul. Świętojańską.

Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że na trasie będzie tylko jeden punkt z wodą, a ponieważ był już dawno za mną, to robiło mi się już naprawdę słabo na myśl, że do mety nadal daleko, a w pysku sucho jak na pustyni. Biegłam blisko chodnika i patrzyłam na kibicujących przechodniów i słowo daję, że jakbym zobaczyła kogoś z butelką wody, to bym się chyba na nią rzuciła :D Na szczęście wszyscy mijani przeze mnie kibice mieli jakieś słodkie napoje, które nie były przedmiotem pożądania i nikogo ostatecznie nie okradłam :D Tuż przed zakrętem w lewo zobaczyłam charakterystyczny widoczek. Pogniecione plastikowe kubeczki walające się po całej szerokości trasy. Punkt z wodą!! Krzyknęłam do Szwagra "WODA!", ale jak zobaczyliśmy, że stoły są praktycznie puste, niewiele osób się tam kręci, a jak już ktoś stoi, to z pięciolitrowymi baniakami... to Szwagier zrezygnował, a ja prawie się rozpłakałam :P Nie muszę chyba dodawać, że skoro zakręt na trasie był w lewo, to woda stała po prawej stronie i trzeba było przeciąć całą szerokość ulicy, żeby dotrzeć do stolików.. Już miałam wrócić na trasę, ale udało mi się wyczaić, że jest jeszcze jeden stolik i wszystko wskazywało na to, że mają tam kubeczki. Nie pomyliłam się, udało mi się wyrwać kubeczek, co prawda niewiele w nim było, ale przepłukałam chociaż usta.

Za zakrętem zaczynał się zbieg, na którym teoretycznie można było trochę czasu urwać. Wiedziałam, że mam za sobą dwa ślimacze kilometry, więc starałam się nie odpuszczać i nie ulec pokusie przeniesienia się na tamten świat. Dobiegając do bulwaru, wreszcie poczułam na twarzy trochę wiaterku. Na poprzedniej części trasy wiało przez jakieś 2-3 minuty, a tak to miałam patelnię na zmianę z sauną. Mąż odczuł to zupełnie inaczej, ale on w porcie biegł z drugiej strony i brał cały wiaterek na siebie, a my ze Szwagrem byliśmy wtedy skupieni na wyprzedzaniu i lecieliśmy wewnętrzną. Poza tym, jak się ma te 170 cm wzrostu, to trudno mówić o łapaniu wiatru w żagle, jeśli większość otaczających mnie osób była ode mnie wyższa o jakieś 10-15 cm. Nie wspominam już o tych ogromnych mięśniakach, którzy na 4 km cisnęli przede mną przez prawie cały podbieg. Marnym pocieszeniem był fakt, że biegli bez koszulek :P

Ostatnie 2 km były najprzyjemniejsze ze względu na chłodzący wiaterek od morza, ale nie dajmy się zwieść. Wcale nie były najlżejsze. Wręcz odwrotnie.. Mijałam pana, który zasłabł i ponoć nie wiedział nawet gdzie jest i jak się nazywa.. Rozważałam danie nura do wody, ale pamiętałam, że tam jeszcze jest spory pas kamieni, więc mogłabym się mocno poobijać. Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie mam aż tylu ciuchów na zmianę i że to nie jest jednak mój najlepszy pomysł. 10 kilometr ciągnął się w nieskończoność, ale to tylko takie odczucie, bo wcale nie był najwolniejszy (5:42), zresztą 9 kilometr pokonałam też w takim tempie. Gdy do mety pozostało mi ostatnie 350 metrów, to miałam wrażenie, że ktoś złośliwie przesuwa metę coraz dalej, bo przecież biegnę, a ona wcale się nie przybliża.. Do tego wyprzedził mnie jakiś pierdylion facetów, którzy właśnie robili swój najlepszy finisz w życiu :P Nie miałam już nawet siły, żeby z kimkolwiek walczyć na tych ostatnich metrach.. Dopiero na jakieś 40-50 metrów przed metą usłyszałam znajome głosy "DOROTKA DAJESZ" i na te kilka sekund uruchomiłam opary energii, żeby jeszcze urwać jakąś setną sekundy ;)

Wpadłam na metę z czasem brutto poniżej godziny, co cieszyło, ale pozostał niedosyt. Rekord nie został pobity.. Oficjalny rezultat netto to: 57'52". To 40 i 4 sekundy gorzej niż w Szczecinku, a przecież tym razem wszystko się zgadzało i miało być idealnie. Widać jednak, że to nie był mój dzień. Średnie tętno w tym wyścigu miałam na poziomie 175! Mniej więcej od linii pierwszego kilometra, kiedy dobiłam do 170 uderzeń na minutę, nie schodziłam niżej.. To wyjaśnia dlaczego biegło mi się tak ciężko. Nikt mi jednak nie będzie mógł zarzucić, że miałam jeszcze jakieś rezerwy, bo naprawdę dałam z siebie wszystko!

Nie jest to jednak powód do załamki. Jestem z siebie zadowolona, chociaż gdzieś z tyłu głowy pozostaje maleńki niedosyt. Być może obrałam złą strategię, a może najzwyczajniej w świecie nie był to mój dzień. To nie tak, że "kończę karierę" :) Praktycznie wyrównałam czas ze Szczecinka, więc nie ma się co łamać. To jest i tak bardzo dobry rezultat, zwłaszcza, że czas z poprzednich zawodów w Gdyni miałam 1h 05'15". Wtedy miałam obtłuczoną i obolała stopę, więc Świętojańska wymęczyła mnie chyba jeszcze mocniej niż teraz, ale nie zmienia to faktu, że progres jest!

Ten weekend mamy wolny. Żadnych zawodów, tylko treningi. Bytów już za niecałe 3 tygodnie, a ja nadal nie przebiegłam za jednym zamachem więcej niż 15 km.. Nie zamierzam ustanawiać nie wiadomo jakich rekordów na tym półmaratonie, celem jest przebiegnięcie całego dystansu.. Trasa nie jest łatwa, ale mam nadzieję, że podołam przetruchtać całość. To będzie taki rekonesans na dłuższej trasie, bo póki co jest to dla mnie czysta abstrakcja. Teoretycznie jestem sobie w stanie wyobrazić, że tyle przebiegnę, ale na pewno nie w takim tempie, jak w minioną sobotę w Gdyni. Na razie jest to poza moim zasięgiem. Wszystko w swoim czasie :)


3 komentarze:

  1. Dorotka daje rady, jak zwykle jestem pełna podziwu. Jak Ci się uda ten półmaraton przebiec to chyba wystawie Ci pomnik w Portugalii :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy się będę musiała przełamać i przylecieć go poświęcić! :D

      Usuń
  2. Dora, suprrrr relacja, normalnie czytając poczułam się, jakbym stała tam z Tobą i wsio oglądała :) Wszystko jest w Twoim zasięgu - ale tak, jak piszesz, w swoim czasie :) dajesz, dajesz :) buziole ;*

    OdpowiedzUsuń