niedziela, 2 czerwca 2013

Dzień Dziecka w Bytowie.

Tegoroczny Dzień Dziecka mocno różnił się od wszystkich, które przeżyłam. A trochę ich już było, nie czarujmy się ;) Tym razem było bardzo sportowo.

W piątek wieczorem miałam już wszystko naszykowane. W lodówce chłodziła się galaretka, miałam odsypaną porcję kaszki ryżowej, w siatce leżały zapakowane chrupki kukurydziane, biszkopty i inne "przekąski" dla naszej córki. W drugiej siatce spoczywał kocyk piknikowy, zestaw do piaskownicy i inne gadżety, którymi można by było, w razie czego, zająć naszą najmniejszą kibickę. Plan dnia rozpisany praktycznie co do minuty! Wyjazd z małym dzieckiem to nie lada wyzwanie!

Z Koszalina wyjechaliśmy dokładnie o 12:32. Dwie minuty spóźnienia względem planu! No.. ale nasz kierowca, czyli mój Tato, szybko nadrobił tę drobną stratę.. :D Na miejscu byliśmy około 14, dwie godziny przed startem, mieliśmy więc sporo czasu na przygotowanie się do biegu. 

Biegu, no właśnie, bo my pojechaliśmy do Bytowa biegać! I to nie byle co, bo półmaraton. Mój pierwszy.. Łukasza zresztą też, ale ja to tak przeżywałam strasznie :P

Szybko i sprawnie przeszliśmy przez proces rejestracji i odbioru pakietów startowych i udaliśmy się na trawnik nieopodal samochodu, żeby rozłożyć się z piknikiem. W holu Gimnazjum nr I, gdzie mieściło się Biuro Zawodów, spotkaliśmy ekipę z Koszalina, zamieniliśmy kilka słów i każdy udał się na swój piknik ;) Rozbiłam kuchnię polową i zaserwowałam mamałygę z makaronem, a na deser domową szarlotkę. Świeżyna, o 11 wyjechała z piekarnika i była jeszcze lekko ciepła. "Wchodziła" zdecydowanie lepiej niż mamałyga, dziwne... ;) 

No ale do rzeczy! Pojedli, popili (błąd! ale o tym później), pogadali i przyszedł czas zbierać się na start, czyli  jakieś kilkaset metrów dalej. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że start się opóźnia. Nie było za bardzo wiadomo dlaczego.. Sprawa banalna - dwa śluby wychodziły z kościoła, trzeba było zaczekać :) 

Bytów. Piękne miasto.. tylko dlaczego tam wszędzie jest pod górkę? Pierwsze 4 km były straszne. Prześledziłam wcześniej profil trasy, nawet robiłam sobie jakieś plany i założenia odnośnie tempa poszczególnych kilometrów (które teraz mogę skomentować jedynie tak: "hahahaha.. haha.. ha... naiwna.."), ale co innego oglądać podbiegi na papierze, a co innego pokonywać je na własnych nogach. Jak przez mgłę przypominam sobie teraz, że tak mniej więcej do 7-8 km strasznie chciało mi się siku. Oczywiście byłam "na stronie" przed startem, ale chyba z tych emocji, albo przez to, że wyżłopałam tzw. "napój energetyczny", już na linii startu poczułam, że jeszcze coś tam bym miała do dodania.. Ale dość tych soczystych szczegółów! 

Pierwszy punkt odżywiania pokonałam w truchcie, nie czułam wielkiej potrzeby napojenia się (w końcu pęcherz miałam pełny!), jakoś nie kusiły mnie banany i pomarańcze.. Nie wiedziałam, jak zareaguję na jedzenie.. Nigdy nie jadłam w trakcie biegania, więc wolałam nie ryzykować. Zresztą, to był raptem 2 kilometr, to dopiero rozgrzewka :) 

Na drugi punkt odżywiania (ok. 5 km) czekałam, jak na zbawienie. Poprzedzał go lekko dłużący się podbieg, a jeśli dodam, że z zanoszącej się na mżystą, chłodną aurę wyklarowało się słoneczko i temperatura ok. 24 stopni, to chyba można sobie wyobrazić, jak bardzo cieszył widok wolontariuszy gotowych obdarować wodą.. Przy tej okazji należy wspomnieć, że ekipa wolontariuszy była naprawdę zawodowa! Pozytywnie nastawiona młodzież, dopingowali i gratulowali (a wydawać by się mogło, że przy moim żenującym tempie, to za bardzo nie ma czego gratulować). 

Na tym piątym kilometrze poznałam też zaletę nasączonych wodą gąbek. Jak sobie polałam po karku, to tak mi się spodobało, że postanowiłam pójść na całość i zmoczyć sobie też głowę! (Mina Łukasza, który mnie przed wyjazdem złajał, że "po jaką cholerę tyle czasu suszysz te włosy?" - bezcenna.. )

Jak to dobrze, że przed wyjazdem nie miałam czasu na pełną charakteryzację i zrezygnowałam z malowania się.. Baby to są jednak mocno pokręcone czasami.. ;) 

Schłodzona i zadowolona, wbiegłam do lasku, zbliżaliśmy się do jeziora. Na 7 km kolejny punkt odżywiania, więc rzuciłam się na gąbki, wysączyłam trochę wody, a reszta wylądowała na mnie :) Miss mokrego podkoszulka, nie ma co :) 

Lasek niestety po kolejnym kilometrze się skończył i znów wypadliśmy na pełne słońce.. Do kolejnego punktu odżywiania pozostało nam jakieś 3 km. Wszystko w słońcu.. Marnym pocieszeniem było to, że trasa była albo płaska, albo lekko z górki.. Patelnia była taka, że zastanawiałam się, jak ja siebie samą zmuszę, żeby zrobić tę pętlę jeszcze raz.. W międzyczasie mijaliśmy znak informujący nas, że Zamek Krzyżacki w Bytowie jest oddalony o 4 km. Szybka matematyka.. eehh.. ależ jeszcze daleko ;) 
Na tym zdjęciu niewiele widać, ale miało to być ujęcie pt. "zrobię ci zdjęcie, że biegniesz, a do Zamku jeszcze 4 km".. Hura. Łukasz chyba świetnie się bawił, dokumentując moją walkę o życie ;) 

Około 8 km miałam mały kryzys wiary. Pomyślałam sobie, że musiało mnie zdrowo powalić, że porwałam się na taki bieg. Z czym do ludzi? Mój najdłuższy dotychczasowy bieg ciągły to 15 km w Kołobrzegu na Biegu Zaślubin w marcu. Od tamtej pory dwa razy przebiegłam podobny dystans, z czego raz ostatnio i to na 3 raty (z dwoma kilkuminutowymi przystankami). Skąd w ogóle pomysł, że jestem w stanie zmęczyć ponad 21 km? Było mi ciężko i trochę smutno, bo zaczęłam rozważać w głowie, jak zejść z trasy i "zachować twarz".. ;) Zebrały się nade mną naprawdę ciemne chmury, prawdopodobnie te same, które widać na powyższym zdjęciu. 

Kolejnego punktu odżywiania znów nie mogłam się doczekać. Wypatrywałam go przez cały poprzedzający kilometr :) Kiedy wreszcie ukazał się za zakrętem, na buzi pojawił się mega-banan. Kurtyna wodna od strażaków!! Woda radośnie tryskała na lewo i prawo, a ja przebiegłam przez nią raz.. i z powrotem.. i jeszcze raz.. W tym momencie byłam już mokra całkowicie. No ale zrobiło mi się chociaż trochę chłodniej. To było coś. Przez moment pomyślałam sobie, że głupio by było po takim biegu zejść na zapalenie płuc, ale to była jedna taka mała myśl :) 

Na 10 km spotkaliśmy znajome twarze :) Trzeba było utrzymywać się w biegu, żeby się nie wydało, że gdzieniegdzie robiłam sobie małe odcinki w marszu... :) Chociaż trzeba powiedzieć jasno, na pierwszej pętli maszerowałam tylko przy punktach odżywiania, żeby w spokoju napić się wody. Na drugiej pętli już nie miałam tyle sił, żeby trzymać równe tempo, niestety. 

Kiedy zbiegaliśmy w dół ulicy Pochyłej, usłyszeliśmy za sobą złowieszczy dźwięk. To obstawa biegu! O matko, to znaczy, że ktoś zaraz będzie próbował nas zdublować w drodze na metę wyścigu! O nie. Po moim trupie. Ostatni zakręt, ostatnie kilkadziesiąt, a może kilkaset metrów przed rozwidleniem dróg - w lewo na drugą pętlę, w prawo na metę. Założenia na ten bieg miałam bardzo luźne: zmieścić się w 2,5 h i nie dać się zdublować ;) Jak przycisnęłam, jak się zawzięłam.. No i udało się! Nie zostaliśmy zdublowani!! 

zdj. autorstwa Patrycji Kozłowskiej

Było blisko, ale dopięłam swego :) No i tym sposobem wpadłam na drugą pętlę. Widać to właśnie TO musiało się wydarzyć, żebym nie zrezygnowała po pierwszym okrążeniu. Przez kolejny kilometr niosła mnie euforia. Udało się! Część ludzi została zdublowana, ale nie ja! NIE JA! :D Zaraz na początku drugiej pętli stał mój Tata z córką, dostaliśmy małą butelkę z wodą, z której część odpiłam, a resztę oczywiście wylałam na siebie ;) Tak oto udało mi się dobrnąć do 12 kilometra, gdzie był punkt odżywiania. 

Druga pętla nie była taka najgorsza. Już wiedziałam co i gdzie mnie czeka, więc wydała mi się jakby krótsza niż za pierwszym razem. Wiadomo, to tylko takie wrażenie, ale jednak! Cieszyłam się też, bo wszystko wskazywało na to, że uda mi się też zmieścić w zakładanych 2,5 h. 

Niestety, w nogach czułam ogromne zmęczenie i niestety, dłuższe podbiegi pokonywałam częściowo w marszu.. Na krótszym dystansie było by to dla mnie niewybaczalne, ale tutaj dałam sobie dyspensę, zwłaszcza kiedy zegarek zaćwierkał 15 km, bo to oznaczało, że właśnie pobiłam swój dotychczasowy rekord długości biegu :) 

Między 15 a 16 km przy trasie siedział bardzo miły pan, który zmoczył nam gąbki i oblał mnie wodą ;) To chyba jedyna taka sytuacja w moim życiu, że nie przeszkadzało mi kompletnie, że jakiś obcy facet wlewa mi wodę w dekolt ;D Znów na chwilę zrobiło się chłodniej, a myśl, że zaraz wbiegamy znów do lasku, dodawała skrzydeł :D

W okolicach jeziora, przy punkcie odżywiania (17 km) przeszłam samą siebie, bo wzięłam dwa kubki z wodą i .... UWAGA .... 4 gąbki! Dwie zużyłam na miejscu, kolejne dwie zabrałam ze sobą, bo wiedziałam, że do kolejnego punktu z wodą 3 km i to w pełnym słońcu.. To było naprawdę dobre posunięcie. Szkoda, że takich dobrych pomysłów nie miałam wcześniej :P Cóż, człowiek uczy się całe życie :) 

Te kolejne kilometry pokonaliśmy w dość równym tempie, tak mi się przynajmniej wydawało :) Z lekką obawą skręcałam na kolejny, ostatni już, punkt odżywiania, bo bałam się, że zwinęli kurtynę wodną.. A przecież ostatnie 3 km pokonałam tylko dlatego, że wiedziałam, że zaraz będę się mogła "wykąpać".. Na szczęście nikt niczego nie zwinął, a ja mogłam powtórzyć to, co zrobiłam na pierwszej pętli, czyli w tę i z powrotem, 3 razy przez wodę. A co! Kto zabroni? ;D

Na 20 km znów znajome twarze, znów pełna mobilizacja, że niby cały czas tak pięknie biegnę.. ;) Ale tutaj to już mnie niosła myśl, że za chwilę meta, że już naprawdę niedaleko. No i tak było, ul. Pochyłą w dół, później w prawo (a nie w lewo, bo to by była trzecia pętla..), a tam to już ze 150 metrów i meta. I medal! 

Na 100 metrów przed metą obfotografował nas Tata, córka siedziała grzecznie w wózku, chyba już nie do końca wiedziała, co się dzieje - wyglądała na lekko zmęczoną ;) Wpadliśmy na metę i cali szczęśliwi odebraliśmy zasłużone medale. W czasie, kiedy demontowaliśmy z butów czipy, na dziedziniec Zamku dotarł Tata z córką w wózku i wszyscy mogliśmy się cieszyć tym radosnym spotkaniem :D

Wyrobiliśmy się w zakładanym przeze mnie czasie, bo uzyskaliśmy rezultat 2h 25'26". Niewiele tego czasu udało nam się "urwać", ale trasa była naprawdę wymagająca. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na jesieni będzie łatwiej o życiówkę! 

Poczekaliśmy trochę na oficjalne wyniki, bo PODOBNO mąż miał coś wygrać, ale ostatecznie okazało się, że niepotrzebnie na ostatnim kilometrze wyprzedziliśmy jedną panią i to ona wygrała buty, a nie któreś z nas. Trudno! Dla mnie najważniejsze jest to, że dotarłam do mety w jednym kawałku i że udało mi się zmieścić w założeniach. 

Ten dystans to dla mnie jeszcze stanowczo za dużo, ale spróbowałam swoich sił i wiem już, z czym się takie coś "je" ;) Skupię się teraz na trenowaniu i trochę krótszych wyścigach, a te dłuższe będę robić w ramach "długich, spokojnych wybiegań". Chciałabym do jesieni się podciągnąć z tempem i poprawić ten rezultat, myślę, że będzie to do zrobienia. Jeśli nie w Pile we wrześniu, to na Nocnej Ściemie pod koniec października. Wiem już, jak taki bieg wygląda i dzięki temu będę miała szansę lepiej się przygotować :) 

Na trasie i na starcie kilka osób zagajało nas o tegoroczną Ściemę, więc wszystkich serdecznie zapraszaliśmy, kusząc tym, z czego między innymi Nocna Ściema słynie - możliwością pobicia życiówki nawet o godzinę! :) Kto wie, może ktoś dzięki nam zawita w tym roku do Koszalina w noc zmiany czasu z letniego na zimowy? :) 

Bytów zdobyty. Półmaraton Gochów zdobyty. Kolejny medal zawisł na ścianie :) 
A to.. to jest radość: 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz